Tunezja…

03-21-2012 od Tomasz Brak komentarzy »

Wprawdzie było to dość dawno, bo w marcu 2011 roku, ale biznesowo kilka zawirowań spowodowało absolutny deficyt czasu. Nie mniej jednak co się odwlecze… przynajmniej nie pamiętam już niektórych hardcore'owych momentów :)

Wszystko zaczęło się na Kubie - bo wtedy pojawił się Staś. Na ten marzec (2011) mieliśmy zaplanowane Indie i Nepal no ale plany musiały się nieco zmienić bo nikt nie był chętny żeby 16 dni zostać z 8 miesięcznym terrorystą. Tak, tak wiem jestem straszny, jak można nazwać dziecko terrorystą - otóż można! 6 miesięcy kolek, płynnie przeszło w kolejne kilka miesięcy ząbkowania. Rodzina aż się paliła, żeby zostawać ze Stasiem ;)

Musieliśmy odpocząć, a jeśli nie można tak jak się planowało, postanowiliśmy zrobić to krótko i rodzinnie. Wybór o tej porze nie był porywający. Pogoda musiała być względnie przyzwoita, flora bakteryjna niekoniecznie zabójcza dla małego człowieka, lot krótki. Padło na Tunezję.
Kilka razy byliśmy w Egipcie… było fajnie, wiec spodziewaliśmy się podobnych klimatów i tym razem. Nic bardziej mylnego!

Zaczęło się standardowo na Okęciu. Lot o 10tej godzinie pozwolił na zapakowanie się do 2 samochodów z kompletem jedzenia, pieluch, wózkiem etc…

Staś od 7 rano już nie spał, więc wszystko wskazywało na to że w samolocie złapie drzemkę. Kolejna niespodzianka - aktywność spotęgowana atrakcjami rozbudziła Stacha. Całe 3 godziny lotu Staś zaczepiał wszystkich w okolicy. Niektórych także prześladował ciągnąc za włosy. Zasnął dopiero w busie wiozącym nas do hotelu, ale tylko na 30 minut (zawsze coś).

Sama Tunezja w marcu była świeżo po rewolucji. Na drogach barykady, hotele zabezpieczone ponad normę. Względny spokój, choć ludzie mało przyjaźni (w porównaniu z Egiptem oczywiście). Miałem wrażenie że muszą nam wciskać lokalne pamiątki pamiątki na siłę. Skoro my tego nie chcieliśmy i im to sprawiało trudność, to poco to robić? Chcieli kapitalizmu to mają ;) nie żebym miał coś przeciwko, ale moje oczekiwania starły się brutalnie z rzeczywistością.

25 stopni było idealne dla Wszystkich, wiec z aklimatyzacją nie było problemów. pierwszy dzień nie mógł się zakończyć zwyczajnie… hotel pomimo informacji na stronie, nie dysponuje czajnikiem (hotel opisujący się "kids friendly" - WTF. Bary z gorącą wodą zamknęli o północy, więc miałem kursik do Carrefoura po czajnik. Dobrze że był - jedyny, plastikowy, mały - stał na półce jak święty grał. Kosztował jakieś dziwne pieniądze ale BYŁ! Przy kasie ochroniarz mnie cofnął i machał rękoma że muszę się wrócić - pokazuje mu że zapłaciłem a ten dalej macha - poszedłem z nim bo był wielki i łysy. Okazało się, że nie wziąłem gwarancji do czajnika, jakby mi się popsuł przez ten tydzień. Dobrałem do zestawu zgrzewkę wody żeby nie gotować tego co było w kranie i tak skończył się pierwszy dzień.

Kolejne były dość schematyczne - rano maile tak do południa, potem na basen jak już słońce wyszło i zrobiło się cieplej. Wieczorem znowu maile i spać (w miedzy czasie szybkie drinki, bo na to nie było za dużo czasu :)

Po 3 dniach udało nam się wybrać na wycieczkę - Hammamet i Kartagina.

Biuro podróży dało rade, podstawili nam indywidualnego busa z przewodnikiem. Mieliśmy dość spokojny objazd okolicy, przerwy wtedy kiedy trzeba, przewijanie bez pośpiechu.

Obiadek i powrót - bardzo polecam takie indywidualne wypady z małymi dzieciakami. Nikt nie musi się napinać, czekać. Wszystko ma swoje dobre wakacyjne tempo.

Nie ma się co rozpisywać specjalnie, wg mnie kraj mało porywający. Oczywiście można znaleść ładne zakątki w każdym mieście czy medinie, ale szału nie było. Staś także był za mały na taki wyjazd i zupełnie nie skorzystał (my tym bardziej :))

Podsumowując: nie polecam, w szczególności na wyjazd z niemowlakiem.

Tajlandia, Birma i Laos z “ciężarówką”.

05-10-2011 od Tomasz Brak komentarzy »

Ostatni urlop okazał się bardzo udanym, bo nie wróciliśmy sami. Jak później się okazało, był już z nami mały Staś :).

Niestety nasze plany na zwiedzanie Indii i Nepalu, ze względu na choroby jakie tam mogą zaatakować, musiały się nieco zmienić.

Czas mijał bardzo szybko i zaczął się drugi trymestr ciąży, a to znaczy, że właśnie wtedy najlepiej się lata z maluszkiem. Wybraliśmy sprawdzony już wcześniej kierunek - Tajlandię. Tym razem jednak chcieliśmy zobaczyć centralną i północną jej część, wraz z kawałkiem Birmy i Laosu. Marzec może nie jest wymarzoną porą na wylot w tamte rejony, ale nam się udało prawie bez tropikalnych opadów. Padało dosłownie dwa razy.

Wszystko zaczęło się dość standardowo od Okęcia, na które przyjechaliśmy obładowani prawie po dach - przecież trzeba mieć wszystko pod ręką kiedy podróżuje się z ciężarną…
Oczywiście część naszej grupy już na starcie kręciła nosami i patrzyła jak na nieodpowiedzialnych wariatów - ale tylko starsza część wraz z ich starszymi stereotypami. Pozostali całkiem szybko się przyzwyczaili do takiego widoku i zaczęły się opowieści jak to sami latali nawet kilka tygodni przed porodem. Odprawa poszła bardzo sprawnie. Oczywiście nikt rzetelnie nie zweryfikował ciąży, a kwitek od lekarza mówiący o tym, że możemy latać (obowiązkowo weryfikowany w większości linii lotniczych) na dobrą sprawę nie był potrzebny przy odprawie, w żadnym z 4 przelotów.

Na początku lot do Stambułu, bo oczywiście z Polski nie da się polecieć nigdzie dalej bezpośrednio, jeśli lot nie jest czarterowy. Było trochę ciasno brzuchowi, jak to w klasie ekonomicznej zwykło bywać, ale 2,5h szybko minęły.

Na samym lotnisku w Stambule czekaliśmy 6 godzin co wystarczająco pozwoliło odpocząć nogom… na dobrą sprawę godzina by już wystarczyła. Dalej do Bangkoku lot był wygodniejszy, bo dostaliśmy miejsca w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej, gdzie można było wyprostować nogi… jeśli ktoś ma możliwości to warto dokupić pierwszą klasę (to koło 12tyś za 2 osoby) ale lot ciężarna zniosłaby bez większych niewygód. Te 9 godzin lotu już nie minęło tak szybko i wygodnie, ale wreszcie dolecieliśmy. warto poprosić lekarza przed tak długą podróżą o tabletki rozrzedzające krew - zapobiegają powstawaniu się zakrzepów i ciężarna tak nie drętwieje szybko ;).
Jeszcze męcząca długa odprawa i po 23 godzinach, naszyjnikami z młodych storczyków witą nas przewodnicy.

Przylecieliśmy o 7 rano więc ten drugi dzień moczymy się w basenie, bo przecież nogi muszą odpocząć, a i drinki same się nie wypiją - nie jest to łatwe kiedy tylko jedna strona pije. Taki relaks pozwolił na zapoznanie się z częścią grupy, z którą jak się okazuje całkiem fajnie dało się spędzać czas ;) Sam hotel Bangkok Palace nie jest ekstremalnie luksusowy, za to znajduje się w centralnej części dzielnicy Pratunam, w której można spotkać chyba wszystkie możliwe atrakcje turystyczne…

jak również zrobić sobie małą przejażdżkę po centrum. Chyba tuk tuk sprawdza się poza motorem najlepiej do tego typu wycieczek - korki są dość duże.

Te pierwsze dni mijają bardzo szybko, mimo że zaczynają się bardzo wcześnie - Jet lag nie pozwala spać dłużej niż do 4 rano ;).

Trzeciego dnia po śniadaniu jedziemy zwiedzać Bangkok. Ostatnim razem widzieliśmy najbardziej kluczowe turystyczne miejsca jakie trzeba zwiedzić będąc w stolicy, ale w ciągu 2 lat sporo rzeczy zdążyło się zmienić.

Na początku Pałac Królewski. Poranek to dobra pora na jego zwiedzanie, ze względu na niewielką ilość turystów. Dodatkowym "pomocnikiem" w spacerowaniu jest słońce, które nawet w marcu grzeje z siła powyżej 30 stopni, nie mniej jednak rano daje się to jeszcze wytrzymać.
Kompleks kilkudziesięciu obiektów misternie ozdobionych złotymi płatkami i mozaiką ceramiczną robi wrażenie. Nawet za drugim razem oczy się cieszą na ten widok.


Na terenie należącym do Pałacu, znajduje się również Wat Pra Kaeo - świątynia gdzie przechowywany jest najsłynniejszy tajski posąg Buddy - niewielki Budda Szmaragdowy. Standardowo wejście do świątyni jest bez obuwia a także trzeba zwracać uwagę, żeby nie odwrócić stopy w kierunku Buddy - zdarzały się bowiem deportacje takich turystów :). Skierowanie stopy nie tylko w kierunku Buddy, ale także w kierunku drugiego człowieka jest uznawane w Tajlandii za wyraz absolutnego braku szacunku.

Niedaleko Wat Pra Kaeo znajduje się najsłynniejsza szkoła masażu w Tajlandii. Kurs w niej gwarantuje prace praktycznie na całym świecie. Szkolenie masażysty odbywa się w kilku kierunkach. Można zacząć od wyspecjalizowania się w masowaniu konkretnej partii ciała jak również przejść wielomiesięczny kurs masażu obejmujący kompleksowo każdy z aspektów masażu. Oczywiście kobiety w ciąży trzeba masować, ale są specjalne wytyczne co do omijania niektórych receptorów na ciele ciężarnej.

Kolejnym kierunkiem po niezliczonej liczbie świątyń i zabytków ruszamy na targ kwiatowy. Przypomina on nasz bazar. większość dzieje się wzdłuż drogi co jakiś czas zagłębiając się w okoliczne uliczki i placyki. Ilość kwiatów jest imponująca, choć podobno nigdy nie ma problemu z ich zbytem. Wszak w zwyczaju jest przyozdabianie kwiatami miejsc nawiedzanych przez duchy, a duchy nie lubią starych kwiatów. Każdy samochód powinien mieć mini ołtarzyk dla ducha opiekuna, jak również specjalnie narysowane przez mnicha znaki na tapicerce. Tę drugą czynność wykonują już nieliczni, ale nadal jest praktykowana na północy kraju.

Targ kwiatowy prowadzi nas wąskimi uliczkami aż nad sam Mekong - świętą rzekę… przy okazji bardzo zamuloną i brudną. Dobrze się składa, bo akurat na rzece (a konkretnie na barkach zacumowanych wzdłuż brzegu) jest kilka restauracji serwujących tajską kuchnię. Dla kobiet w ciąży nie ma specjalnie ograniczeń pokarmowych, a ostr przyprawy pomagają w zwalczaniu bakterii i wszystkiego złego co się potrafi w upale wykluć, ble :)

Po godzinie przerwy obiadowej umilanej przez muzykę graną przez okoliczny zespół, prosto z barki wsiadamy do łodzi która zabierze nas na klongi. Klongami nazywane są kanały jakimi poprzecinany jest cały Bangkok. Nazywany jest przez to Wenecją wschodu. W kanałach przez lata rozwinęło się życie i można spotkać wiele domów, które nie mają nawet bezpośredniego połączenia z lądem. Regularnie kanałami kursują łodzie śmieciarki, sklepy, school łódki itp…

Co jakiś czas można spotkać zwierzątko domowe ;) pewnie regularnie wyjadające dary składane duchom opiekuńczym.

Klongami docieramy w inną część Bangkoku i po krótkiej jeździe wysiadamy w chinatown. Chińska dzielnica jak to chińska dzielnica, specjalnie niczym się nie wyróżnia od innych sobie podobnych. Napisy w dwóch językach lub tylko w po chińsku, lokalna ludność wiadomej rasy :). Mają swoje centra kultury, świątynie, restauracje etc… niektórzy Chińczycy mieszkający nawet wiele lat w Tajlandii nie byli zmuszeni używać i nauczyć się tajskiego.

W tej konkretnej dzielnicy znajduje się jednak świątynia marmurowa - wykonana z białego marmuru specjalnie dla nietypowo "zdobytego" Buddy. Historia zdarzyła się dość dawno i miała podłoże rasowe. W Tajlandii pomimo widocznej sympatii ludzi, uśmiechów i miłych gestów Chińczycy są traktowani tak jak Żydzi w Europie. Trochę z zazdrością i nienawiścią. Chińczycy są właścicielami bardzo licznych interesów w samym centrum Bangkoku i okolic.

Dawno temu, pewien buddysta postanowił załagodzić narastający konflikt i podarował Chińczykom olbrzymi posąd buddy ze swojej świątyni. Oczywiście posąg nie był wartościowy więc gest przyszedł dość łatwo :) Podczas transportu i wymiany licznych uprzejmości, traf chciał że gipsowy budda urwał się z lin dźwigających i spadł na ziemię… jednak ku zdziwieniu wszystkich odkruszyła się z niego jedynie wierzchnia warstwa pod którą ukrywał się szczerozłoty 5 tonowy posąg. I takim to sposobem Chińczycy zrobili całkiem dobry deal ;) za który oczywiście nadal są kochani przez Tajów.


Kolejnego dnia wyjeżdżamy już z Bangkoku na północ kraju, jednak po drodze zahaczamy o Damnern Saduak i pływający targ.

Wysiadamy z autokaru przed miastem aby przesiąść się do łodzi długoogonowych (charakteryzują się wysoko umieszczonym dziobem, to z przodu, natomiast z tyłu umieszczony jest duży silnik, prawdopodobnie samochodowy do którego przymocowana jest kilkumetrowa rura na końcu której znajduje się śruba. - ten zabieg pozwala na bezproblemowe pływanie po płytkich kanałach i omijanie zarośli, które rosną tuż pod powierzchnią wody.)

30 minut szybkiego manewrowania po krętych kanałach i jesteśmy w centrum handlowym. Oczywiście raj dla turystów - 50% to jedzenie a druga połowa to gifty i ubrania.

Całe przedpołudnie mija nam na szperaniu po straganach. Następnie udajemy się w dalszą podróż do Kanchanaburi, aż do słynnego Muzeum Budowniczych Mostu na Rzece Kwai, w którym znajdują się eksponaty i informacje na temat japońskiego obozu jenieckiego. Muzeum może nie jest specjalnie duże ale pozwala zobaczyć ogrom strat (ludzkich) jakie zostały poniesione przy budowie trasy kolejowej.

Kilka minut jazdy od muzeum płynie rzeka Kwai. Wsiadamy na jej brzegu na barkę/tratwę ciągniętą przez łódż długoogonową. Tutaj serwowany jest lunch, drinki i wszystko co może umilić godzinną podróż, aż do samego mostu.

Most robi duże wrażenie. Jest to jeden z tych obiektów które widuje się w TV, w filmach aż wreszcie można zobaczyć to na własne oczy. Oczywiście nie jest to nic spektakularnego, ale stało się symbolem w czasie wojny.

Atrakcją dodatkową dla tych którzy tutaj dotarli jest przejażdżka Koleją Śmierci. Kolej została tak nazwana od liczby zgonów jakie podczas jej budowy miały miejsce. Obecnie koleją jeżdżą mieszkańcy.

Klimat jest specyficzny. Miejscami tory leżą tuż przy ścianie skalnej a po drugiej stronie składu jest urwisko. Drewniane mostki trzeszczą pod ciężkim pociągiem sunącym chwilami 10km/h. Klimatyzacja w postaci otwartych okien i drzwi + wentylatory przykręcone do sufitu wagonu dodają tylko smaku ;)

Ten dzień był długi ale kolejny kawął drogi w kierunku Chiang Mai mamy za sobą. Nocujemy w hotelu pod Kanchanaburi.

Kolejny dzień i kolejne kilometry. Jednak wszystko rozłożone na tyle przyjemnie, że Staś w brzuchu nie odczuwa żadnych niewygód :) częste przystanki i zdecydowanie dużo przyjemności. Np grill… wygląda okropnie, ale jest bardzo smacznie :) szczurek podany na liściu bananowca. W smaku i twardości połączenie delikatnego kurczaka z królikiem. Zdecydowanie warto przełamać uprzedzenia, można wtedy spojrzeć zupełnie pod innym kątem na swojego domowego pupila ;)

Po przegryzce docieramy do Ayutthayi, dawnej stolicy Tajlandii (1350-1767). Miejscowość typowo turystyczna ponieważ w czasie wojny zostało tam wszystko bardzo dokładnie zniszczone. Wszystkie budowle mają ślady walki. Nie mniej jednak kompleks świątynny wykonany został z wielką dokładnością. Wiele budowli zostało architektonicznie skopiowanych z Kambodży, gdzie można zobaczyć prawie identyczne budowle.

Dwie godziny to max ile można poświęcić na te ruiny. Niestety ilość szarych i pomarańczowych zgliszczy jaką jest w stanie przyjąć jednorazowo człowiek jest ograniczona.

Jeszcze w tak zwanym międzyczasie załapujemy się na naleśniki w włosami. Tym razem po szczurach czas na deser. Włosy są zrobione z barwionego łyka trzciny cukrowej i w połączeniu z słodkimi naleśnikami kokosowymi jest bardzo pysznie.


Dalej udajemy się do Phitsanulok, gdzie spędzimy noc.  Docieramy w miarę wcześnie i już o 18 ruszamy na kolację i kolejne przysmaki :)

Riksze rowerowe zabierają nas na obajazd po mieście i "centrum". Dziwne miejsce, wszędzie słychać ptaki. Okna na piętrach są w wielu miejscach zabite dechami. Pewnie jakby zabrakło światłabyłoby całkiem przerażająco. Zanim dotrzemy nad rzekę i kolację zatrzymujemy się na kolejny hit kulinarny - robaki i wódkę ryżową :)

W smaku i konsystencji jak puste mocno smażone frytki. Jednak chwilę zajęło podejście do pierwszej sztuki.

Można też zjeść coś normalnego - nie tylko przysmaki :). Paczkowane zupy po dwa złote.

Wreszcie docieramy nad rzekę i udaje nam się załapać na ciekawe show - Latające warzywa. Brzmi nieźle, a w rzeczywistości MEGA kicz. Kucharz rzuca ugotowanymi warzywami w kierunku swojego kolegi lub gościa przebranego w kostium z trzciny. Kolorytu dodaje jakże egzotyczna muzyka grana na garnkach i bębenkach.

Wreszcie kolacja warto było czekać :) Na koniec pamiątkowe foto ze 100 letnim kierowcą i spać! Chciałbym w jego wieku mieć taką kondycję…

Następnego dnia zwiedzamy świątynię Wat Mahathrat w Phitsanulok i jedziemy do Sukothai. Niby kolejna ważna świątynia, ale ich ilość zaczyna przytłaczać. Oczywiście większość ocieka bogactwem i kilogramami złota, jednak po kliku dniach przestaje robić to wrażenie…

Dużo ciekawsza w tym momencie okazuje się przydrożna maszyna parowa do pakowania i przesiewania ryżu :) Sprzęt ma DUŻO lat, serwisowany młotkami i kijami cały czas działa bez zarzutu i zajmuje sporo miejsca. Oczywiście wymaga obsługi wielu ludzi, ale sprawia wrażenie jakby czas się tutaj zatrzymał.

Chwilowe oderwanie się od dorobku historyczno kulturowego i docieramy do Sukothai. Park historyczny - to pozostałości stolicy Tajlandii w latach 1238 - 1438.
Obszar do zwiedzania jest spory, ale i na to znalazło się  rozwiązanie - Rowery! Żar lał się z nieba i przejażdżka była fajną schładzającą odmianą od chodzenia. Oczywiście Magdalena z "pasażerem", musieli skorzystać z motorikszy.


 

Zwiedzanie Sukothai zajmuje kilka godzin (nam akurat trafiły się te najbardziej słoneczne). Dla ciężarnej to męcząca przechadzka, ze względu na małą ilość miejsc zacienionych. Jeśli chodzi o zabytki wiele się powtarza i oczywiście ma swoje ściśle określone miejsce, w historii i tradycji Tajlandii.

Męczące zwiedzanie rekompensuje nieopodal położona restauracja… można tam siedzieć godzinami a nawet złapać drzemkę w hamaku.

Jednak naszym celem tego dnia jest Chiang Mai, w którym spędzimy najbliższe dni, Chiang Mai to jedno z większych miast na północy. Fajna baza hotelowa i max godzina jazdy w okolice Złotego Trójkąta (przejścia granicznego do Birmy i Laosu, słynącego z przemytu i handlu opium ;)).

Po śniadaniu jedziemy w góry. Przesiadamy się z autokaru na terenówki i ruszamy w kierunku wioski plemion górskich Yao i Akha.

Widoki całkiem przyjemne. Ludzie sympatyczni, jednak wszystko przygotowane pod turystów. Dobrze nie zdążyliśmy odjechać a mieszkańcy zaczęli zamykać swoje stragany i przebierać się w zwyczaje ciuchy. Wioska również stylizowana na bardzo rozpadającą się, jednak nowe toyoty hilux poukrywane w garażach zdradzały misternie przygotowany biznes ;)

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się pośród pól ananasowych. Wszystkie krzaczki skrywające po jednym owocu, były ręcznie powiązane, żeby owoce nie dojrzewały zbyt szybko… a warunki były super. 30 stopni i duuuża wilgotność.

Po poranku spędzonym w górach, czas na "gwóźdź programu" - Złoty Trójkąt, czyli skrzyżowanie granic Tajlandii,Birmy i Laosu.

Za drobną opłatą mijamy strażników na granicy z Birmą, którzy konfiskują paszporty. Ryzykownie… ale metoda sprawdzona i nie wymaga długiej drogi wizowej.

Tuż za granicą zaczyna się inny, brudniejszy świat. W porównaniu do Tajlandii, Birma prezentuje się… powiedzmy interesująco…


 

Znaleźliśmy się w przygranicznym miasteczku Takilek. Słynie ono z getta jakie po wojnie zorganizowali Tajom, Birmańczycy. Wynajmujemy motorikszę na 2 godziny, żeby zwiedzić wszystkie istotne miejsca w miasteczku. Co ciekawe okolice przygraniczne nie wyglądają zachęcająco, są zaniedbane, zacofane… oczywiście poza cenami, które są chyba wyjątkowo często aktualizowane ;)

Natknęliśmy się też na ciekawy stragan z langustami - każda waga pokazywała coś innego, więc chyba średnia tych trzech była tą właściwą…

Celem przejażdżki rikszami jest kopia słynnej pagody Shwadagon z Rangonu. Mimo, że jest mniejsza od oryginału, robi świetne wrażenie. Ściągamy obuwie i obowiązkowa rundka dookoła pagody.

Kilkadziesiąt lat zbierano złoto na jej wykończenie… super że się udało, szkoda tylko że kosztem nieco bardziej potrzebnych ludziom rzeczy.

Wracamy na Stronę Tajską, do małego portu przeładunkowego gdzie wskakujemy na łodzie - laos jest 400metrów dalej po drugiej stronie rzeki mekong.

Tutaj robi się jeszcze ciekawiej. Most do którego przybijamy to bardziej pomost z trzciny i bambusa.

Już na starcie dzieci bawiące się słodkimi ziemniakami i owocami. Mówią, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko :)

Dalej wioska, jaka mamy możliwość zwiedzać. Położona niedaleko olbrzymich placów budowy - Chińczycy wydzierżawili nabrzeżne okolice Laosu i rozpoczęli budowę kasyn. oferują nawet szybki transport łodzią z Chin do Laosu na partyjkę pokera.

Sama wioska to gadget shop + alkohole. Te poniżej były z żeńszeniem, kobrą i węzami. Większe wersje trochę jak multiwitamina miały to wszystko razem :) Mocne jak bimber,smakuje jak bimber, oczywiście smakowy ;)

Na koniec dnia wizyta w muzeum opium. Widać że bardzo to lubili :) efekty uboczne może lekko "śmierdzące" ale potrafiło wszystko rozluźnić :)

Po powrocie do hotelu został już tylko czas na relaks. Dużo się działo, ale Staś nawet nie marudził, poza małą czkawką w brzuchu.

Następnego dnia jedziemy do Chiang Rai zobaczyć nietypowa świątynię - Białą. Jest to całkowicie wyremontowany kompleks świątynny. Przy odnawianiu wykorzystano po prostu beton, więc niebawem będzie to zielona świątynia, nie mniej jednak robi super wrażenie nawet po wcześniejszym zwiedzaniu niezliczonej liczby mniejszych i większych obiektów tego typu.

Całkowity koszt remontu ponosi do dnia dzisiejszego Tajski popularny ale także kontrowersyjny artysta.

Zadbano nawet o to aby w wodzie pływały białe ryby, a setki małych lusterek na każdej z betonowych postaci robi piorunujące wrażenie w słoneczne dni.

We wnętrzu można znaleźć akcenty brane z XXI wieku - Star Wars, NASA etc…

Kolejny dzień jest już bardzo wyczekiwany. Wybieramy się na słonie :)

Na początku godzinny pokaz trików. Malowanie obrazków, kopanie piłek. etc… Dalej już sama frajda. kolejna godzina to jazda po lesie i okolicy, wraz z przeprawa przez rzekę i wspinanie się w górach. ciekawostką są kioski umieszczone 3 metry nad ziemią, gdzie można kupić "paliwo " dla słonia w postaci bananów i trzciny cukrowej.

Droga powrotna z gór nie była już taka mięciutka :) powozy z bawołami bez resorów. Staś w brzuchu spał cała drogę bo jego fajnie kołysało. Nas natomiast nieźle wytłukło :)

A na dole… oczywiście okazało się, że zjechaliśmy nieco dalej niż zaczynaliśmy wycieczkę i trzeba podpłynąć :)


Po całym dniu podróżowania dziwnymi środkami lokomocji idziemy na 2 godziny masażu. Ja zasnąłem po godzinie ;)

Tym sposobem dotarliśmy do ostatniego dnia zwiedzania. W Chiang Mai pozostała jeszcze jedna świątynia którą trzeba zobaczyć będąc na północy Tajlandii, świątynię Wat Doi Suthep, usytuowaną na górze Suthep, wraz z jej słynnymi schodami.
 

Widok z 3000 metrów na miasto jest nieco zamazany przez smog, ale sama świątynia jest wręcz wypieszczonai byszcząca jak nówka :)


 

Wieczorem jedziemy na dworzec kolejowy i ruszamy w 16sto godzinną podróż do Bangkoku. Pociąg jest ciasny, ale to istny transformers. O godzinie 21 obsługa składa stoliki u krzesła rozkładając łóżka. Dyskoteka w jednym z wagonów kończy się o 22 pomimo buntu pijanych pasażerów ;). Spać można swobodnie bo fajnie kołysze, ale karaluchy biegające po podłodze działają na wyobraźnię.

Nad ranem dojeżdżamy do Bangkoku i jedziemy busem do Patay. Wcześniej nasłuchaliśmy się o tym miejscu ciesząc się z uroków wyspy Koh Samet, jednak  niektóre negatywne opinie się potwierdziły. Jeśli mielibyśmy wybierać drugi raz to oczywiście wyspa jest bez porównania sympatyczniejsza na wypoczynek.

Sama Pataya oferuje szeroki wachlarz usług towarzyskich połączonych z gastronomią. Plaże nie są powalające, ale można wyskoczyć na nieopodal znajdujące się wyspy.
Dodatkową atrakcją jaka na nas czeka jest rewia transwestytów - Alcazar. Znane kawałki muzyki pop, doskonałe kostiumy i całkiem "nieźli" aktorzy

Dzień 15 - To już ostatni… pakowanie, ostatni drink i jedziemy na lotnisko. Godzinna jazda, później odprawa i lot do Stambułu. Lot nocny więc w miarę szybko godziny uciekały. W Stambule 2 godziny przerwy na śniadanie i lot do Warszawy. Poza lekko spuchniętymi nogami wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Podsumowując. Jeśli macie chęci i nie robicie tego na siłę (bo to bardzo ważne) to warto jechać. Jeśli kobieta w ciąży czuje się dobrze to taki wypoczynek działa na plus! U nas morfologia się poprawiła ;). Trzy miesiące później urodził się Staś… zdrowy i duży… 5100gr. i 62cm.
 

Kuba, walczymy z Imperializmem!

01-23-2010 od Tomasz Brak komentarzy »

10 października 2009, pobudka o 4 rano. Wsiadamy do taksówki. Na Okęciu standardowo tłum. Mimo tego szybko się odprawiamy i lecimy do Paryża. Trochę biegania po lotnisku, 4 godziny czekania i lecimy już bezpośrednio do Hawany. Nie jest źle, zważywszy, że są tabletki nasenne i całkiem świeże filmy do oglądania :)

Po 8 godzinach lądujemy, mijając na poboczu uroczą wystawkę z popsutych samolotów. Szybka wysiadka i idziemy się odprawiać, upał jest całkiem przyzwoity 30 stopni i 80% wilgotności. Po 30 minutach już nikt nie zwraca uwagi na to, że się poci. Kolejne 30 minut a my dalej stoimy w sali odpraw… urzędnicy mimo potężnego tłumu turystów wcale się nie spieszą, robią zdjęcie, sprawdzają karty zdrowia itd. Do upału nie da się przyzwyczaić, bo klima w tym miejscu nie istnieje. Ludzie spokojnie palą papierosy gasząc je na podłodze czy na ścianach - jest cudnie.

Wreszcie po 1,5 godziny opuszczamy lotnisko (wcale nie robi się chłodniej). Wsiadamy do jedynego na wyspie dwupoziomowego autokaru a tam super schładzająca klima - znowu organizm zaczyna prawidłowo funkcjonować.

dsc00672

Do hotelu dojeżdżamy już o zmierzchu. Oryginalna betonowa płyta, wszystko jak sprzed 40 lat. Kolacja i spać… no i znowu te strefy czasowe. Budzimy się ok 3-4 rano, ruch na korytarzu - jest nas więcej :) nikt nie może spać.

dsc00684

Wreszcie śniadanie, autokar podjeżdża i możemy ruszać na zwiedzanie Hawany.

Pierwszy na naszej liście jest Hotel Nacional de Cuba - dawniej, a nawet i teraz najlepszy hotel na Kubie, w którym swego czasu przesiadywała śmietanka mafijna.

Plusem tego miejsca jest Kadeka, kantor wymiany walut gdzie raczej nas nikt nie oszuka na wymianie (należy brać paragony, bo czasem kasjerki się mylą, a potem kiedy jednak prosi się o pokwitowanie zaczynają coś od nowa liczyć :)). Na kubie obowiązuje kilka walut, dla turystów najwygodniejsze jest peso convertible - kurs 1CAD bliski 1 Euro. Przynajmniej jeśli chodzi o ceny, ten kraj świetnie nadąża za Europą i Stanami.
dsc00708

W hotelu można zrobić sobie fotkę z braciakami Castro.

dsc00718

Z hotelu Nacional jedziemy na plac rewolucji. To tutaj znajdują się najważniejsze ministerstwa kubańskie jak również miejsce z którego Fidel raczył naród swoimi mega długimi przemówieniami (potrafiły trwać nawet 8-10 godzin). Poniżej ministerstwo spraw wewnętrznych. Podobno łatwo się wchodzi a gorzej wychodzi, ale nie zapraszali to się nie pchaliśmy.

dsc00726

I dalej plac rewolucji. Scena :)

dsc00728

Robi się południe i ludzie zaczynają chować się w cieniu. My tymczasem dojeżdżamy do centrum Hawany i Kapitolu. Kopia tego co stoi w Waszyngtonie, tylko nieco mniejsza, choć Kubańczycy chwalą się, że kopuła jest wyżej. Nie da się bez obiektywu szerokokątnego zrobić zdjęcia całego budynku, co sprytni fotografowie oczywiście wykorzystują. Za 10CAD można zrobić sobie foto 50 letnim aparatem, po czym panowie wklejają je na tle wcześniej poskładanego zdjęcia całego Kapitolu - trwa to 15 minut a zdjęcie blaknie bo 3 dniach.

dsc00764

Dalej w centrum jest chyba jeden z najbardziej rozpoznawalnych kubańskich ośrodków kultury - opera.

dsc00766

Generalnie centrum nie jest zadbane, ale też dzięki temu zachowuje swój niepowtarzalny urok. W ciasnych uliczkach wózki z saturatorami i syropami. Pewexy dla turystów (wieksze kioski), no i masa ludzi poukrywanych w cieniu, grających w domino i czekających nie wiadomo na co… pewnie aż się ściemni i ochłodzi.

My nie mamy za bardzo czasu na czekanie bo czeka na nas Fort Morro. Fort chroni(ł) wejścia od strony morza do Hawany. 12 potężnych armat skierowanych wprost na Florydę. Trochę pordzewiałe, ale nadal nieźle zachowane. Młodzi chłopcy niedaleko fortu grają w baseball i skaczą ze skał do wody.

dsc00814

Wprost z Fortu udajemy się do nowej części Hawany. Tej w której Hemingway wynajmował przez 20 lat pokój w hotelu i gdzie tworzył. Na przykład stworzył swój przepis na mojito: różni się od zwykłego przepisu tym, że ma zamiast jednej miarki rumu, dwie miarki rumu i mniej wody. Oczywiście można tego spróbować bo teraz hotel chyba z tego ma największe przychody.

Trochę zwiedzania kolonialnych kościołów i fotki fotki fotki.

dsc00861

dsc00870

Lokalna wróżka za drobną opłatą (może być butelka rumu) przepowiada przyszłość. Wróżenie nadal jest traktowane bardzo poważnie, zdarzają się nawet czarne praktyki voodoo.

dsc00882

Dzień kończymy zwiedzając Cojimar - wioskę rybacką w której Hemingway trzymał swój jacht Pilar i tu złowił tego sławnego merlina. Do dnia dzisiejszego organizowane są wyprawy na merliny ale juz długo nikt ich nie widział.

Jak na pierwszy dzień wrażeń mamy dość, a poziom mojito i pinacolady jest bardzo nierówny - czas wracać do hotelu ;). Zahaczyliśmy jeszcze o fabrykę rumu Hawana Club… takie małe preludium przed wieczorem.

Kolejna noc… i pobudka. Trochę lepiej bo godzinę później. zaczynamy się przystosowywać. Na dziś mamy zaplanowany wyjazd we wschodnią część Kuby - Valle de Vinales i plantację tytoniu w Pinar del Rio.

Droga prowadzi nas przez zielone pola trzciny cukrowej. Przy drodze stoją małe, skromne domy rolników, niekiedy mniejsze niż 20m2. Dojeżdżamy w Pinar del Rio - plantacja tytoniu, teraz opanowana przez handlarzy rękodziełem (obrusy robione z prześcieradeł hotelowych, korale z pestek tutejszych owoców itp.) Dawniej zarządca kazał wybudować wieżę do pilnowania niewolników (40 metrów wysokości), która teraz służy za punkt widokowy. Dowiadujemy się też ciekawej rzeczy, jasny ubiór czarnoskórych niewolników nie był dla ich komfortu przy wysokiej temperaturze a po to aby łatwiej się do nich strzelało kiedy próbowali uciekać - SIC.
Czas dalej goni, jedziemy do Valle de Vinales - parku z unikatowymi Mogotes, skałami wapiennymi obrośniętymi karłowatymi drzewami i krzakami, nad którymi masowo unosza się sępy. Po godzinie jazdy, krętą droga wśród skał dojeżdżamy pod wytwórnię skoku z trzciny cukrowej :) poniżej zdjęcie maszyny do wyciskania. Z jednej łodygi trzciny można wycisnąć 3 szklanki soku, do którego wystarczy dodać lodu i rumu i da się to pić.

dsc00985

Po całkiem orzeźwiającym drinkowaniu wchodzimy do jednego z mogotes. Jaskinia została wypłukana przez wody podskórne. Po jakichś 200 metrach przeciskania się wilgotnym korytarzem słyszymy w ciemności silniki… Okazuje się, że stoimy na skraju podziemnej rzeki, gdzie czekają na nas motorówki. Krótka przejażdżka po jaskini i wypływamy przez skalną szczeliną obrośnięta lianami, dalej jest już mały wodospad, ale nasza wycieczka kończy się przed nim :)

Obiad jemy w bardzo zielonej atmosferze w otoczeniu wysokich gór, lokalna kapela śpiewa swoją interpretację ‘guantanamery’.

Niedaleko miejsca, w którym jedliśmy obiad znajduje się Mural Prehistoryczny. wielkie naskalne malowidło, powstało 50 lat temu i od razu zyskało przychylność turystów, ale sławę tak naprawdę temu miejscu dała lokalna pinacolada (mieszanka mleczka kokosowego, mleka w proszku, lodu i rumu) - faktycznie nie była taka zła, szczególnie, że samemu można regulować poziom rumu i dolewać go ile nam potrzeba.

dsc01029

Dalej jedziemy do punktu widokowego, skąd rozciąga się ciekawy widok na dolinę Vinales i skały Mogotes.

dsc01041

W drodze powrotnej wstępujemy do ogrodu orchidei. Kilka hektarów w środku zielonych lasów pokryte przeróżnymi odmianami kwiatów i roslin. Z utrzymaniem upraw nie ma problemu, bo tu nawet patyki wbite w ziemię kwitą - co widać przy drodze, gdzie płoty z patyków zaczynają odbijać zielonymi przyrostami.

dsc00926

Wracamy do Hawany późnym popołudniem, ale udaje nam się jeszcze skorzystać z lokalnej atrakcji, starych taxówek. Impala z ‘52 brzmi strasznie ale cały czas jeździ.

dsc01058

Kolejny poranek zaczął się już prawie normalnie, bo o 6:30 rano. Pakowanie walizek, śniadanie i wyjeżdżamy z Hawany w kierunku Trynidadu.

Drogi jest na cały dzień, dlatego po drodze zatrzymujemy się w lokalnym pseudo ogrodzie zoologicznym, gdzie czekają na nas ‘prawdziwe’ atrakcje. Między innymi ruletka ze świnką morską - obstawiamy domek, do którego świnka wejdzie i jeśli nam się uda, wygrywamy butelkę rumu.

dsc01075

Mały krokodylek… ma pysk związany taśmą, bo ponoć lubi kąsać :)

dsc01078

Kilka wygłodniałych żółwi.

dsc01089

No i trafił się abstynent. Dlatego po krótkim postoju ruszamy dalej do Santa Clara - miasta Ernesto ‘Che’ Guevary.

dsc01090

Santa Clara to niewielkie miasto w centralnej części Kuby. Swojej sławy nabrało po ostatnim ataku Che Guevary na pociąg wysłany z wojskiem rządzącego Batisty. Był to ostatni atak podczas rewolucji, który przypieczętował zwycięstwo. Na pamiątkę tego zdarzenia zachowano wagony pociągu i niewielki buldożer, który posłóżył do zniszczenia torów.

dsc01108

Buldożer przez lata był dokładnie ‘restaurowany’, grubą warstwą farby olejnej :)

dsc01116

W Santa Clara znajduje się także mauzoleum Che Guevary, miejsce w którym Fidel Castro pierwszy raz podczas swoich wystąpień publicznych zasłabł. Po tym zdarzeniu służby bezpieczeństwa próbowały konfiskować kamery i telefony z nagraniami, ale oczywiście do sieci przedostało się trochę kompromitujących materiałów. Prochy Che Guevary spoczywają w centralnym miejscu mauzoleum wśród towarzyszy, z którymi zdobywał wolność.

Po długiej podróży wreszcie docieramy pod Trynidad, prosto nad morze karaibskie.

Kolejny dzień to leniuchowanie. 30sto stopniowa temperatura wody, zimne drinki… ten czas strasznie szybko ucieka.

dsc01143

Na wieczór została zaplanowana wycieczka do pobliskiej wioski na kolację - langusty które tego samego dnia, nielegalnie były łapane przez lokalnych mieszkańców na m.in. naszej plaży. Wychodzimy poza hotel gdzie czekają na nas już wielkie czarne samochody - coś al’a Wołga. Te już nie błyszczą jak, te którymi jechaliśmy w Hawanie. Po 20 minutach dość głośnej jazdy docieramy do wioski. Domy są niewielkie, tak jak w większości miejsc na Kubie nie mają okien a jedynie ‘żaluzje’, obowiązkowo fotel bujany, TV i odtwarzacz DVD.

dsc01176

Kolacja trochę w spartańskim stylu, ale bardzo smaczna jeśli ktoś tak jak ja lubi owoce morza.

dsc01180

Około 21 wracamy do hotelu i pakujemy się do autokaru. Jedziemy na tańce na sławne schody Trynidadu. Impreza trwa całą noc, my oczywiście kompromitujemy się naszymi wygibasami przed świetnymi tancerzami. Cóż, po takiej ilości mojito i cygar każdy czuje się jak Kubańczyk ;). Późną nocą wracamy spać, kolejny dzień zaczyna się jak zwykle dość wcześnie.

dsc01191

Dziś zwiedzamy Trynidad. A ja zaczynam patrzeć na zdjęcia i zauważam, że albo właśnie coś na nich pije albo właśnie idę po coś do picia, jakoś wcześniej na to nie zwróciłem uwagi, znaczy się było dobrze.

Tu mi spadła asertywność i zostałem zmuszony do zakupu 10 naszyjników i świerszcza z trzciny.

dsc01215

Kontynuując nasze alkoholowe wyprawy, trafiamy do bardzo fajnego miejsca. Kubańska knajpa Ciancianciara, serwująca napój o tej samej nazwie. Podawany w glinianych dzbankach rum z miodem i kostką lodu, smakuje świetnie i równie fajnie orzeźwia.

dsc01247

Takie zdjęcie musiało się pojawić, a ilość starych samochodów pozostałych po Amerykanach przeszła nasze wyobrażenia o tym miejscu.

dsc01249

Trynidad jest fantastycznym miejscem, żeby poczuć kubańska kulturę i życie. Zresztą samo miasto jest śliczne i bardzo dobrze utrzymane. Niestety dzień sie kończy również, dość szybko. Robimy małe pamiątkowe zakupy i wracamy do hotelu.

Kolejny dzień to już droga powrotna w kierunku Varadero, gdzie mamy zaplanowane kilka dni zasłużonego odpoczynku. Zanim jednak tam dojedziemy przed nami jedno z najlepiej odrestaurowanych kubańskich miast, Cienfuegos. Perła południa, jaką nazywane jest Cienfuegos, posiada wyjątkowy, najdłuższy deptak na Kubie.

dsc01350

Można na nim spotkać dilerów proszku do prania na kartki.

dsc01363

W zatoce nad którą leży Cienfuegos znajdują się pozostałości po dawnych domach gry i hazardu. Na samym końcu rezydencja z dachu której widać kopułę nigdy nie uruchomionej elektrowni atomowej.

dsc01413

Zanim zalegliśmy w hotelu Cienfuegos, wstępujemy na fermę aligatorów. Poza głaskaniem, pokaz karmienia, możliwość kupienia paska, butów, kurtki itd… my skusiliśmy się tylko na obiad i próbowanie mięsa gadów. Smakuje jak wołowina o posmaku ryby, mięso jest bardzo delikatne.

dsc01458

Kolejny dzień zaczynamy również wcześnie rano. Jedziemy przez półwysep Zapata gdzie znajduje się słynna zatoka świń. Dalej jest już Varadero.

Varadero w żadnym kawałku nie przypomina prawdziwej Kuby. Wszystko trochę plastikowe i oczywiście pod turystów. Dobrze, że znajdują się tu jeszcze takie perełki jak dom Ala Capone.

dsc01502

dsc01515

W hotelu usiedzieliśmy dwa dni, choć i tak było ciężko :) Wybraliśmy się na całodniowe Jeep safari.

Poniżej most w Matanzas, porcie gdzie nadal pompuje się ropę naftową na wielkie tankowce.

dsc01547

Niezapomniany pokaz lokalnych Indian ;)

dsc01570

A po 3 godzinach jazdy samochodem, można było spróbować swoich sił na koniu. Ja osobiście wybrałem fotel bujany i kawałek cienia po obiedzie.

dsc01586

Niedaleko Matanazas znajduje się fajna grota skalna ze słodkowodnym jeziorem. Można snurkować w krystalicznej, raczej chłodnej wodzie. Doznania pierwsza klasa.

dsc01614

Kolejny dzień i kolejna niespodzianka. Okazuje się, że niedaleko naszego hotelu, raz w tygodniu odbywają się koncerty Buena Vista Social Club. Wprawdzie ze starego zespołu pozostało 2 członków to jednak muzyka nadal porywa.

dsc01721

3 dni przed odlotem do Polski pozostaje już tylko jedna atrakcja do zaliczenia. Rejs katamaranem na wyspę Cayo Balnco. Open bar na łodzi, muzyka i fantastyczna pogoda to całkiem  przyjemne połączenie.

dsc01732

Dopływamy najpierw do delfinarium, gdzie tresowane ssaki dają buziaki :) aaa nie będę tego poprawiał, w końcu jestem u siebie.

dsc01775

Wreszcie wyspa… bialutki bardzo rzadki piasek, woda w kilku odcieniach błękitu i zieleni, jednym zdaniem, znowu leżymy i ładujemy bateryjki.

dsc01812

Ostatni dzień spędzamy w Varadero, wykupujemy z pewexów spory zapas rumu żeby powrót do domu był łagodniejszy.

Kolejne samochody, ciężko oczy od nich oderwać.

dsc01883

dsc01903

dsc01916

Poziom szczęścia znowu się unormował, a jak się okazało 4 tygodnie po powrocie, wróciliśmy we trójkę :)

Samego powrotu nie będę opisywał, bo w drugą stronę zawsze jest ciężko i smutnawo, szczególnie że w Polsce zaczyna się zima.

dsc01980

Koh Samet

01-20-2010 od Tomasz Brak komentarzy »

Koh Samet to wyspa oddalona od Bangkoku o ok 200km, 5km2 powierzchni i ok 30 minut drogi motorówką od lądu.

Prosto z lotniska pakujemy się do busa, szybki wjazd na autostradę i już po 2,5h jesteśmy w prowincji Rayong i czekamy w porcie na transport.
Całkiem przyzwoita hotelowa poczekalnia w porcie towarowym. Recepcjonistka informuje hotel przez radio, że już jesteśmy i zamawia transport. Faktycznie po 20 minutach przypływa pod brudne nadbrzeże biała 400 konna motorówka, zabiera nas i płyniemy… całkiem romantycznie bo trafiliśmy na zachód słońca :)

1

Po 20 minutach robi się całkiem ciemno a my dopływamy do rozświetlonej plaży. Tylko pojawia się mała przeszkoda - brak pomostu. Tak szybko jak pojawiło się pytanie gdzie pomost tak szybko się on pojawił. Pomost jest jeden na plaży a potrzebny jest w różnych miejscach (np przy dostawach żywności) stąd pomysł, żeby był przeciągany za traktorem.

21

Dalej było już tylko fajniej, ale i bez niespodzianek :) ciepłe ręczniki, drinki i wreszcie trochę spokoju na plaży, choć szybko poszliśmy spać po całym dniu lotu i jazdy.

31

Kompleks hotelowy to kilkadziesiąt bungalowów, ale wszystkie skutecznie ukryte w ogrodzie. Tej nocy byliśmy wykończeni i nic nas nie obudziło, ale przez kolejne dni przed snem, mieliśmy obowiązkowe polowanie na jaszczurki, które wchodziły do domu w poszukiwaniu owoców.

41

51

Niewielka wyspa ma całkiem sporo zaoferowania turystom. Piękne białe plaże, super ciepła woda no i atrakcje. Windsurfing, kajaki, rowery wodne, katamarany, łowienie ryb, oczywiście quady i skutery. Nie dość, że wynajem skutera to ok 50zł na cały dzień to jeszcze benzyna jest za darmo :) tyle że nie ma za bardzo po czym jeździć bo drogi są, ale mocno wypłukane przez deszcze.

61

Tak jak każdy dom, tak i hotel musi mieć swoje domki dla duchów :)

71

Druga strona wyspy jest już zupełnie inna. Masa turystów, dużo hoteli przy plaży która ma zaledwie 800metrów. oczywiście wszystko ma swój urok i nadaje temu miejscu niezapomniany klimat. Także mimo swoich niewielkich rozmiarów, Koh Samet daje całkiem duża różnorodność.

8

Niewiele się działo i ograniczone zwiedzanie, ale właśnie tak miało być :) wypoczynek całkiem udany i bardzo polecamy to miejsce i hotel Ao Prao wszystkim szukającym spokoju.

9

“Po 22 marsz spać” - Wietnam Północny.

03-14-2009 od Tomasz Brak komentarzy »

Do Wietnamu Północnego przylecieliśmy późnym wieczorem. Było już po 22 i miasto praktycznie opustoszało. Był to dziwny widok, którego nie spodziewaliśmy się zobaczyć po zatłoczonym Sajgonie. A wszystko spowodowane jest małym rozporządzeniem. Otóż jeśli chcemy imprezować, akceptujemy prostytucję i bardziej “zachodni” styk życia to Wietnam Południowy i Sajgon jest dla nas, Wietnam Północny jest bardziej konserwatywny. Oczywiście są tu kluby, ale tylko dla turystów, mieszkańcy tamtejsi, po 22 nie mają wstępu do tego typu miejsc.

My także nie mamy już siły do nocnego zwiedzania, dlatego udaliśmy się do naszego hotelu. Rano czeka nas to na co czekaliśmy już od jakiegoś czasu, zatoka Ha Long.

1

Ponad 3000 skalnych wysp stanowi widok aż po sam horyzont. Legendy mówią, że każda z tych wysp to zastygły smok , który bronił przed demonami tych ziemi. Drewniane łodzie wolno suną po powierzchni. Woda ma kolor lekko zielonkawy co daje magiczny efekt.

2

3

4

Około 50 lat temu jeden z rybaków odkrył przez przypadek jaskinię na jednej z wysp. De facto wygląda to tak, że jedna z wysp jest pusta w środku w potężne nacieki formowane przez serki tysięcy lat maja dosłownie niezliczoną ilość form. - oczywiście co druga przypomina miejscowym smoka ;)

5

6

Niektóre wyspy mają swoje nazwy. N przykład wyspa Kaczka ;) nad którą lataj orły, czy jak poniżej walczące kurczaki.

7

Po kilkugodzinnym rejsie, z głową pełną nowych obrazków i brzuchami pełnymi od owoców morza przejechaliśmy do Hanoi - stolicy Wietnamu.

Żeby poczuć to miasto najlepiej wsiąść do jednej z kilkunastu tysięcy ryksz i dać się wieść przez wąskie uliczki. Ciekawą nazwę ma jedna z największych korporacji rykszarskich - HUY PHONG.

11

Wiemy już, że zdjęcia z prezentacji o mistrzach logistyki i transportu to chleb codzienny niektórych mieszkańców.

21

Po godzinnej przejażdżce rykszami dotarliśmy do teatru. Oczywiście nie mógł być to teatr jaki znamy. W Hanoi znajduje się już ostatnia szkoła na świecie szkoląca artystów, tej wymierającej profesji. Wymierającej, bo praca wcale nie jest łatwa. Podczas przedstawienia, każdy z aktorów stoi za kurtyną i to do tego po pas w wodzie. To co widzą goście to taniec kukiełek na wodzie (niekiedy kukiełki plują wodą, płoną i rzucają iskrami. Podobno wyszkolenie się w podstawowej obsłudze lalek trwa 6 lat, jak ktoś chętny ;)

31

Kolejny dzień, tak samo jak poprzedni (zresztą widać to na zdjęciu) był pochmurny, a to tego chłodny. Ruszyliśmy do centrum Hanoi pod mauzoleum Ho Chi Minh’a. Minęliśmy nawet opustoszały budynek ambasady Polski. W tym roku (2008), rząd zadecydował o likwidacji placówki bo Wietnam nie jest dla nas atrakcyjny. Szkoda bo Polska miała bardzo dobre relacje z Wietnamem, obecnie bardzo rozwijającą się gospodarką wschodnią. Poza tym o fakcie sympatii świadczy lokalizacja byłej ambasady, która znajduje się już kilkaset metrów od mauzoleum.

41

Ho Chi Minh miał wybudowany “pałac”, ale jako mysliciel nie czuł się tam zbyt komfortowo. Kazał zbudować obok wystawnej posiadłości budynek z drewna nad jeziorem, gdzie uwielbiał karmić ryby. Wielu delegatów, którzy go odwiedzali przywozili mu różne odmiany krzewów i drzew, dlatego teraz ogód przy pałacu tętni życiem najróżniejszych odmian.

51

Nasze ulubione pomelo, wg mnie słodsze niż chińska odmiana.

61

Nieopodal mauzoleum znajduje się także Świątynia Literatury. Mozna tam spotkać podczas sesji egzaminacyjnych dziesiątki turystów. I wcale nie dlatego, że jest tam dużo książek i jest potrzeba wiedzy, ale dlatego że znajdują się tam pomniki postawione na cześć doktoryzowanych magistrantów. Warto dodać, że rocznie w Wietnamie można było doktoryzować tylko 5 osób, na setki walczących o ten tytuł. Pomniki symbolizują żółwie, symbol wytrwałości. Legenda mówi, że aby mieć szczęście na egzaminie wystarczy pogłaskać żółwia po głowie. Oczywiście studenci wiedzą, który doktor był od jakiego przedmiotu, co widać po wytartych głowach niektorych pomników.

71

Świątynia literatury to także miejsce uprawy bonsai. Karłowate drzewka (niektore ponad 200stu letnie), rosną tu pod gołym niebem w równie starych donicach.

8

Pogoda w Wietnamie Północnym nie była zbyt łaskawa poza samą zatoką Ha Long, ale to juz koniec pochmurnego nieba. Kolejnym punktem naszej podróży jest Rayong, miasto portowe Tajlandii, z którego mamy się udać na Rajską Wyspę Ko Samet.

Małe, żółte i ciągle w ruchu… Wietnam Południowy.

03-09-2009 od Tomasz Brak komentarzy »

clipboard01

Po przekroczeniu Mekongu i chwili jazdy, dotarliśmy na granicę Kambodży z Wietnamem. Urzędnicy wyglądają na mało sympatycznych, co jak się później okazuje nie mija się wiele z realiami. Zdarzają się ponoć sytuacje kiedy np. jesteśmy przeziębieni, kaszlemy, źle wyglądamy i taki urzędnik może nas nie wpuścić bo będziemy zagrażali jego kochanej republice. Jako, że jest to kraj komunistyczny, można zobaczyć obrazki jakie kiedyś były u nas, coś pięknego :)

dsc02424

Zaraz za granicą można zaopatrzyć się w jakże niezbędne kurze jaja, koszulki i karty sim do telefonów komórkowych. O tyle o ile te dwie pierwsze pozycje nie są dla mnie zrozumiałe, to karty sim bardzo się przydają. Wietnam jako republika nie akceptuje zagranicznych operatorów i nawet mając roaming telefon zaczyna pełnić jedynie funkcję budzika.

Ruszamy w drogę do jednego z największych miast Wietnamu - Ho Chi Minh City (Sajgonu). Po drodze mijamy wioski, pola uprawne, krajobraz “prawie” jak w Polsce.
Ok 60 km przed Sajgonem, zatrzymujemy się na skraju puszczy, a raczej tego co zdążyło wyrosnąć przez 30 lat od bombardowań jakie urządzili tamtejszym mieszkańcom Amerykanie. Znajdujemy się na terenie wioski Cu Chi - miejscu wsławionym, dzięki pracowitym mieszkańcom, którzy gołymi rękami i narzędziami do roli, wykopali ponad 250km tuneli podczas wojny z Amerykanami. Na początku przechadzamy się po zakopanych na 2metrach szpitalach, miejscach produkcji pułapek, potem zaczynają się tunele. To trudny temat, kiedy wyobrazimy sobie, że ci ludzie siedzieli pod ziemią kilka miesięcy, walcząc z potęgą zachodu z ukrycia. Korytarze miejscami są tak wąskie, że sami wietnamscy żołnierze, musieli wciągać powietrze, żeby się przecisnąć. Dodatkowo masa pułapek i skomplikowany układ korytarzy, sięgających nawet 9 m w głąb ziemi. Jednak czego nie robi się dla turystów - jeden z korytarzy, został specjalnie poszerzony kilkukrotnie tak, aby każdy… no prawie każdy mógł przejść. Niestety na każdym kroku widać ślady minionej wojny, ranni podczas bombardowań, bez kończyn lub spaloną od napalmu skórą pokazują się na każdym kroku. Warto wspomnieć, że Amerykanie nie mogąc podbić tamtejszych terenów, zrzucili na Wietnam blisko 7 mln ton bomb (w tym napalmu i środków palących) niszcząc poza ośrodkami partyzanckimi: kościoły, szkoły, miasta.

dsc02471

Powyżej oryginalne wejście do kanału podziemnego.

A poniżej, prezentacja kilku z dziesiątek pułapek zastawianych na wojska zachodu. Pułapki nie miały na celu zabić, a jedynie ranić, tak aby złapany żołnierz wołał na pomoc. Kiedy Amerykanie zaczynali się głowić nad rannym, dosłownie spod ziemi wychodzili wietnamscy żołnierze i zabijali dokładnie wszystkich wrogów, biorąc ich z zaskoczenia.

dsc02488

dsc02498

Wreszcie po kilkugodzinnej podróży docieramy do celu. Sajgon przywitał nas popołudniowymi korkami, choć będąc tam kolejne dwa dni, jakoś nie zauważyliśmy różnicy w natężeniu ruchy czy to o 7 rano czy o 11 czy o 15 i 17 , to miasto korkuje się nawet o 2 w nocy, a ludzie na swoich wszechobecnych skuterach cały czas gdzieś gonią.

Dopiero tutaj widzimy jak działa tamtejsza partia komunistyczna. Każdy kogo stać dostaje przydział na dostęp do ulicy (to przez wzgląd na duże zaludnienie) i domy przeważnie 3-4 piętrowe, kilku rodzinne - mają szerokość ok 3-5 metrów. Bardzo często tam gdzie powinny być drzwi do domu jest jakiś biznes np. salon fryzjerski, ale to w dzień. Nocą salon zamienia się na garaż dla skuterów bądź samochodów, ale to rzadkość. Ktoś powiedział ze na 100 skuterów przypada 1 samochód, a to wszystko dzięki podatkom które są tak wysokie, że za samochód płaci się dodatkowo ok 150% wartości.

dsc02549

Powietrze w Sajgonie jest bardzo gorące. Mnóstwo smogu nie pozwala przebić się promieniom słonecznym. Ludzie mimo tego są bardzo pogodni, zawsze uśmiechnięci. Rano joga w parku, wieczorem tai-chi.
W wielkim mieście są także mniejszości. Tam mniejszość stanowią Chińczycy. To właśnie oni prowadzą największe biznesy: kasyna, hotele, banki. Mają swoje świątynie, dzielnice i szkoły. Bywa tak, że Chińczyk, który mieszka od dziecka w Wietnamie nie nauczy się nawet paru słów z lokalnego języka. Wiąże się z kimś ze swojego klanu i tak koło się zamyka.

dsc02596

Na ulicach, zaraz obok wielkich bonsai i posągów, kwitnie handel obnośny. Ta forma sprzedaży modna jest wśród starszego pokolenia. Babcie wycięte jak z obrazka: 140cm wzrostu, chudziutkie, jakby miała się zaraz przewrócić a na swoich barkach dźwigają WIELKI ciężar. Zestaw poniżej to lodówka wypełniona lodem i wodą + orzechy kokosowe, każdy ok 1,5kg… ciężkie to potwornie. Na myśl przychodzi mi dokument o mrówkach, które noszą ciężary kilkukrotnie przewyższające ich masę.

dsc02633

dsc02641

Ostatni rzut okiem na wietnamską katedrę Notre Dame (prawie wierna kopia :), dzielnicę kolonialną, pocztę główną i na lotnisko… naszym celem Hanoi.

Kambodża, stracone imperium.

02-28-2009 od Tomasz Brak komentarzy »

clipboard01

Kambodża to już nowy kraj. Jego nowa historia zaczęła się kształtować zaledwie 30 lat temu. Wtedy to swój koniec miała destrukcyjna władza Czerwonych Khmerów. Destrukcyjna w tym wypadku oznaczała “zresetowanie” państwa. Mordy na ludności cywilnej (szczególnie wykształconej, bądź w ogole świadomej tego, że istnieje coś poza rolnictwem), niszczenie miast i dróg to tylko niektóre z działań minionego trendu politycznego. Niestety już na samej granicy daje się odczuć wszechobecną biedę i to jak bardzo ten kraj potrzebuje pomocy z zewnątrz.

dsc01701

Zaraz po otrzymaniu 12 pieczątek od urzędników na granicy, można wejść na tereny przygraniczne, gdzie Chińczycy wybudowali olbrzymie kasyna i hotele pięciogwiazdkowe. Oczywiście obiekty te nie są dla ludności kambodżańskiej, a ich gośćmi są amerykanie i bogaci Tajowie. Pomarańczowy pył unosi się wszędzie, co z upałem daje mało ciekawe wrażenia estetyczne. Autokary, które odbierają turystów spod granicy maja średnio 15 lat i tak naprawdę tylko one nadają się na gruntowe drogi (pozostałości po asfalcie), gdzie nowoczesne maszyny ulegają setkom dziur i kamieni. Rozpoczyna się droga do Siem Reap - 168km, średnia prędkość 20-30km/h. Po horyzont ciągna się pola ryżowe, gdzie praca wre. Gdzieniegdzie przy drodze widać jeszcze lekko pordzewiałe znaki ostrzegawcze, żeby nie wchodzić na miny (cóż za gościnność). Okazuje się jednak, że nie jest już tak niebezpiecznie jak kilka lat temu. Podczas wojny, Czerwoni Khmerzy, którzy zanim byli oprawcami swojego narodu, byli jego wyzwolicielami i minowali wszystko co się dało zaminować przeciw wojskom amerykańskim. Bilans wygląda tak, że na całym terytorium Kambodży było ponad 10mln min (50szt na km2). Jednak miejscowy przewodnik, z dumą opowiada, że jest bezpiecznie, bo 7 mln min jest już rozbrojonych. Ciekawym zjawiskiem są przydrożne bary i stacje benzynowe.

dsc01739

Poza przysmakami w postaci szarańczy, tarantul, suszonych owoców tamaryndowca, możemy zakupić paliwo, na butelki. Stoją one wyeksponowane na specjalnym stojaku, butelki po whisky, cocacoli, właściwie po wszystkim co znaleźli.

Wieczorem, po 7 godzinach jazdy, która nie była nawet taka straszna dojechaliśmy do Siem Reap. W porównaniu do tego co widzieliśmy przez cały dzień jest to perła cywilizacji - od tego miejsca zaczyna się asfalt. Liczne bary, dyskoteki, pizzerie serwujące słynne na całym świecie “happy pizza” z dodatkiem marihuany to wita gości, którzy chcą pójść śladami Tomb Raider’a w okręgu Angkor.

Angkor to dawna stolica Imperium Khmerskiego, nazywana również jako Świętym Miastem. Budowane było od XIIIw. przy użyciu specjalnych lekkich kamieni piskowca bez użycia jakiegokolwiek spoiwa. Kilkaset lat później większość budowli i świątyń została opleciona potężnymi korzeniami drzew.

dsc017601

Setki turystów dziennie, ogląda to niecodzienne zjawisko, wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Niestety niewielu zdaje sobie sprawę, że wody gruntowe przez postępujący proces cywilizacyjny podnoszą się a dotykanie piaskowca niszczy go bezpowrotnie. Obecne środki przeznaczane na renowację starej stolicy nie wystarczają na prawidłowe zabezpieczenie przez piękną ale także niszczycielską siłą natury, także bez pomocy dla tego okręgu za kilkanaście lat będzie można oglądać jedynie rumowiska i tak już coraz częściej układane od nowa w kolumny i budynki.

Najpopularniejszym miejscem w starożytnym mieście jest wzniesiony przez Surjawarmana II kompleks świątynny Angkor Wat. Jednym z ciekawszych zabytków na jego terenie jest wyjątkowy arras wyryty na długości 900m i okazujący blisko 20 tysięcy postaci z eposów Ramajany. Cały kompleks otoczony jest fosą o szerokości 160m wypełniony niegdyś krokodylami (podobno je zjedli w czasie wojny).

Po dwóch dniach chłonięcia krajobrazów Angkoru pojechaliśmy nad największy zbiornik wodny Królestwa Kambodży - jezioro Tonle Sap. Jezioro to stało się sławne dzięki Tomb Raider’owi i a konkretniej, dzięki Angelinie Jolie. Podczas zdjęć do filmu ona również udała się nad jezioro, gdzie zobaczyła prawdziwą krzywde dziejącą się tam najmniejszym mieszkańcom tamtejszych pływających wiosek. To już nie była tylko bieda, ale handel żywym towarem z pedofilami. Niestety był to proceder bardzo powszechny w kilkunastoosobowych rodzinach sprzedaż dziecka była niekiedy jedynym sposobem na przezycie pozostałych. ok. 1000$, tyle właśnie były warte tam dzieci. Kwesty organizowane przez aktorkę pokazały na świecie tamtejszy problem i już teraz, sytuacja pomału się normuje, choć bywają pływające wioski, na tyle odległe od lądu, że dzieci w wieku 8 lat nie wiedzą co to samochód czy stały ląd - coś zupełnie niewiarygodnego.

Życie na jeziorze odbywa się oczywiście na łodziach, wśród falujących pól kwiatów lotosu. Głównym źródłem utrzymania jest handel tym co się złapie, a jest tu w czym wybierać. Krokodyle, węże, żółwie, wszystko nadaje się na zupę i przerobienie na pamiątki. Niestety bardzo często robione jest to nielegalnie. Do dziś na czarnym rynku można zamówić sobie żywego makaka, któremu (na żywo) obcina się górą część czaszki, aby smakosz mógł zjeść świeży mózg (kilka łyżeczek) - SIC!

dsc02082

Niedaleko od Tonle Sap, które żywiło i nadal żywi tamtejszą społeczność, znajdują się pola śmierci. Zbiorowe groby, gdzie usuwało się ciała wrogów systemu jaki wdrażali Czerwoni Khmerzy. Słynnym miejscem jest szkoła podstawowa, przerobiona na więzienie przesłuchań dla więźniów politycznych, gdzie masowo torturowało się potencjalnych “wrogów”. Poziom terroru jaki był w więzieniu przesłuchań stanowi fakt, że kraty na balkonach wprowadzono dopiero po tym jak się okazało, że więźniowie wolą popełnic samobójstwo niż dać się przesłuchować.

dsc02385

To traumatyczne doświadczenie, o którym wg. mnie należy mówić, podobnie jak o dziesiątkach ofiar min lądowych żebrzących praktycznie na każdym rogu.

A skoro mowa o minach. To bardzo ciekawy temat w jaki sposób rząd walczy i rozbraja pozostałe 3mln śmiercionośnych pułapek. Otóż jedyne muzeum min lądowych jakie znajduje się na terenie Kambodży, założone jest przez byłego (wtedy 12letniego) minera, który sam je zakładał. Niezliczona ilość min jaka została zebrana w muzeum stanowi namacalny dowód na to, ile może zrobić kilka osób - wszystkie eksponaty zostały samodzielnie przez nich rozbrojone. Problem wystąpił stosunkowo niedawno. Premier partii rządzącej nie wyraził zgody na powstanie tego muzeum, a założyciela Aki Ra wsadził do więzienia. Całe szczęście ONZ wstawiło się za jego uwolnieniem, ale został obarczony procedurami prawidłowego rozminowywania. Niby nic strasznego na pismie, ale w przelożeniu na tamtejsze realia sprawa ma się dużo gorzej niż może się wydawać. Wcześniej koszt rozbrojenia ładunku wybuchowego to 0,00$, teraz przy nałozonych procedurach to ok. 1500$/szt. Jedynym źródłem finansowania tego jest spredaż biletów do muzeum (koszt 1$)  także kolejne 3mln min musi jeszcze długo poczekać na swoją kolej a kilka osób straci jeszcze kończyny.

dsc02242

Więcej informacji o muzeum można znaleźć tutaj.

Na koniec naszej przygody w Kambodży, zostawiliśmy sobie Pałac Królewski znajdujący się w stolicy Phnom Penh. Pałac nie został zniszczony tylko dlatego, że stanowił areszt domowy dla króla w czasie rządów khmerskich. Na tle poprzednich dni, pałac wydawał się innym światem. Misterne wykonanie, złoto, porcelana i lata ciężkiej pracy spokojnie można porównać do Tajskich zabytków.

Ciekawym obiektem na terenie pałacowym jest Srebrna Pagoda. W 1870 kiedy pałac królewski był wznoszony, a przyjaźń z francuzami kwitła, Król Kambodzy wysłał 10 ton srebra do Francji w celu przetopienia kruszca na płytki podłogowe. Płytki faktycznie są i jest ich ponad 5000szt, tyle że rachunek końcowy wygląda tak, że do prawowitych właścicieli wróciło tyko 6 ton srebra ;)

dsc02361

Tego dnia, udało nam się jeszcze zobaczyć, świątynię babci Phen :) (założycielki miasta). Ostatni rzut okiem na panoramę stolicy i 30 minut później byliśmy już na promie, który powolnie przecinał brudne wody Mekongu. Prom jak i każda forma pływającego transportu jest jedyną droga komunikacji, żeby dostać się na granicę z Wietnamem. Czemu nie ma mostu? Tym razem nie dlatego, że nie ma pieniędzy (bo most chcieli zbudować chińczycy już kilka lat temu), ale dlatego że lokalna ludność nie miałaby z czego żyć kiedy most by powstał…

Tajlandia, kraj kwiatów, uśmiechu, Buddy i …

02-26-2009 od admin Brak komentarzy »

… wielu obrazów, które przypominają ilustracje w przewodnikach krajoznawczych.

dsc01282

Nasza wycieczka zaczęła się 4 grudnia. W Warszawie padał śnieg z deszczem, a lotnisko na Okęciu było całe we mgle. Już na samym początku miła niespodzianka - zamknięty z powodu zamieszek port lotniczy Suvarnabhumi, na którym mamy wylądować został "wyzwolony" spod okupacji strajkujących. Nie działa wprawdzie pełną parą (700 lotów dziennie), ale byliśmy prze szczęśliwi, że po 9,5h lotu nie czekała na nas kilkugodzinna wycieczka autokarem do Bangkoku. Na miejscu byliśmy ok 12, już na płycie buchał w twarze upał tamtejszej zimy 32 stopnie Celsjusza. Po standardowej procedurze wizowej, zdjęcie, opłata 100zł za 3 pieczątki, byliśmy gotowi do spróbowania tego, co Wenecja wschodu jaką z powodu dużej ilości kanałów był nazywany Bangkok ma do zaoferowania. Pierwszy dzień był zdecydowanie nastawiony na aklimatyzację. Pierwsza przejażdżka trzykołową taksówką - tuk tuk'iem, ananasy prosto z lodu i chłoniecie zapachów jakie ma do zaoferowania każdy zakamarek Bangkoku. Zapachy to dość istoty element i bardzo specyficzny. Curry i imbir dodawany jest praktycznie do wszystkiego, a że większość biznesów gastronomicznych (mniejszych) to po prostu grill na ulicy, opary z gotowanych zup czy smażonych kurczaków przyprawiają po jakimś czasie o zawrót głowy. Oczywiście samo jedzenie  jest pyszne i soczyste. Można śmiało jeść wszystko, co maja do zaoferowania uliczni handlarze bo jest to zazwyczaj bardzo świeże. Na koniec dnia godzinny masaż stóp za 16zł potrafi wynagrodzić każdy kilometr przedreptany w poszukiwaniu ciekawostek. Kolejny dzień zaczął się dość wcześnie, bo już o 7 rano. Niby to nie jest jakiś dramat, ale jak się doliczy 6 godzin przesunięcia czasowego to wychodzi na to, że pobudka była o 1 w nocy polskiego czasu. Na celowniku znalazł się targ kwiatowy. Kwiaty, zawsze świeże i zawsze dużo, to coś co jest bardzo ściśle powiązane z kulturą Tajów. Ołtarzyki, które wymagają ozdób są nawet w taksówkach. I nie mówię tu o obrazku w stylu świętego Krzysztofa tylko o bardzo zaawansowanych konstrukcjach ociekających w kolorowe wianuszki z codziennie wymienianych kwiatów. Sam targ poza tym że ładnie pachnie i jest przeogromny, jest bardzo ciasny. Dosłownie, góry kwiatów poukładane są z mistrzowska precyzją, tak aby zostało jeszcze miejsce do poruszania się. To co u nas uchodzi za egzotykę tu leży ścięte na chodniku i czeka na swój jeden szczęśliwy dzień, kiedy będzie mogło leżeć u stóp Buddy. Co ciekawe, podobno te góry kwiatów codziennie są świeże a towar sprzedaje się w kilka godzin. Targ kwiatowy płynnie przechodzi w bazar warzywny, który też jest ciekawym zjawiskiem jak ktoś gustuje w górach Imbiru i rzodkiewek.

dsc011771

Zaraz po wyjściu z chaosu bazarowego weszliśmy w świat medytacji i porządku. Świątynia a raczej zakon mnichów. Tradycja mówi, że każdy mężczyzna raz w życiu powinien być mnichem - nawet na kilka dni. Sam panujący obecnie król Rama IX, kiedy dowiedział się o nominacji wstąpił do zakonu i tak jak inni mnisi medytował, zbierał datki na świątynię i jedzenie jakim ludzie chcą się dzielić. Stąd był już tylko krok do Wat Pho, jednej z największych (powierzchnia: 80.000m²) i najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Znajduje się w niej ponad tysiąc wizerunków Buddy, w tym słynny Leżący Budda. 42metry długości i 16 wysokości - posąg zajmujący cały duży budynek. Nirvana w wielkim wydaniu ma na swoich gigantycznych stopach, a raczej podeszwach wyrzeźbione i wyłożone masą perłową  180 wcieleń jakie trzeba poznać w drodze do osiągnięcia stanu świadomości, jaki osiągnął Budda.

dsc01266

 

 

Kolejnym zaraz po Wat Pho punktem do zwiedzania był pałac królewski Wat Phra Keo ze świątynią, w której znajduje się posąg szmaragdowego Buddy. Ilość złota i kamieni wyraźnie mówi że budował je najbogatszy człowiek na świecie - czyli król Tajlandji Rama IX (jest dwukrotnie bogatszy od najzamożniejszego szejka - ok. 32mld dol.). Trawa przycięta na 4 cm, idealnie wyprofilowane drzewka bonsai to tylko elementy obrazków jakie można tam zobaczyć.

dsc01281dsc01288

Bangkok jest miastem kontrastów. Po zwiedzaniu pałacu królewskiego, pojechaliśmy kilka kilometrów dalej nad rzekę Choa Phraya ("Rzeka Królów"). Lunch na łodzi, składający się z lokalnych potraw (nie zawsze wiadomo co się je) był wstępem do zwiedzania klongów (kanałów Bangkoku). Bogactwo świątyń ociekających złotem i drogimi kamieniami bardzo kontrastuje z drewnianymi domami, ledwo stojącymi na drewnianych palach. Część domów nie ma nawet dostępu do lądu i całe życie jest prowadzone na rzece, łącznie z busem wodnym, śmieciarką wodną i taksówkami (łodziami długoogonowymi - łódź z zakrzywionym ku górze dziobem, silnikiem z samochodu postawionym bez osłon bezpośrednio na łodzi i 3 metrową rurą łącząca silnik ze śrubą).

dsc01337

Po godzinnym rejsie, dopłynęliśmy do Wat Arun (Świątynia Świtu), w której przed długi czas zanim został przeniesiony do pałacu, znajdował się posążek Szmaragdowego Buddy. Wat Arum jest bardzo charakterystyczna, ma kształt wysokiego centralnego prangu - szpiczastej budowli o olbrzymiej podstawie. Dodatkowo na 4 kierunkach świata, znajdują się mniejsze szpiczaste budowle, obok których mieszczą się szkoły muzyczne. Cała budowla wyłożona jest porcelaną a w centralnym miejscu znajduje się obrońca Bangkoku posąg hinduskiego boga Indra, siedzącego na swym wierzchowcu - trzygłowym słoniu Erewanie. Jako, że przesunięcie czasu trochę nas dobijało, na ten dzień wystarczyło biegania. Kolejny tak dla odmiany też zaczynał się o 7 rano. Naszym celem był pływający targ - nieodłączny obrazek większości widokówek z Tajlandii. Po 40 minutach jazdy zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy plantacji orzechów kokosowych. Tu pojęcie wykorzystania jednego produktu do 100% nabiera realnego wymiaru. Od łupiny orzecha, która po wysuszeniu może nadawać się na opał czy figurki, poprzez skorupę orzecha - tu fantazja poniosła od misek, do torebek z fragmentów łupanego orzecha, aż do wiórków kokosowych i soku z orzecha, który służy do wyrobu kremów, drinków czy cukierków (po odparowaniu oczywiście). Żeby zobaczyć prawdziwe oblicze pływającego bazaru dojechaliśmy prawie do Damnoen Saudak (kilkadziesiąt kilometrów od Bangkoku). Prawie, bo postanowiliśmy dopłynąć na targ taksówką. Łodzie długoogonowe to zjawiskowe pojazdy mknace płytkimi kanałami z zawrotną szybkością. Wg Tajów im szybciej tym turysta bardziej zadowolony :) i faktycznie coś w tym jest. migały nam tylko przed oczami drzewa mango, palmy uginające się od bananów i ogłoszenia o pokazach z żywą kobrą. Zabawa trwała 30 minut, aż dopłynęliśmy pływającego bazaru. Ilość małych łódeczek naładowanych towarem do tego stopnia, że prawie nabierały wody była niezliczona. Kupić tu można wszystko, kalosze, garnitury, krewetki, suszone ośmiornice i dziwne pierogi po 2zł podawane na talerzu z liścia bananowca.

dsc01567dsc01581

Nasze kilka dni w Bangkoku postanowiliśmy zakończyć wizytą w Benchamabophit (Świątyni Marmurowej) - miejsce, które interesowało nas o tyle bardzo, że to właśnie tam były kilka dni wcześniej zamieszki i mówiono w mediach o dużych zniszczeniach tego obiektu. Okazało się, ze na miejscu nie było nawet śladu po strajkujących a świątynia ma się całkiem dobrze.

dsc01630

Na koniec pozostało nam tylko wypuścić na "wolność" małego żółwika - to wszystko poto aby móc wrócić tam jeszcze raz. Oczywiście realia są takie, że wypuszcza się żółwika do sadzawki z której 5 minut później jest wyławiany, ale symbol to symbol i nie ma co marudzić.