Ostatni urlop okazał się bardzo udanym, bo nie wróciliśmy sami. Jak później się okazało, był już z nami mały Staś :).
Niestety nasze plany na zwiedzanie Indii i Nepalu, ze względu na choroby jakie tam mogą zaatakować, musiały się nieco zmienić.
Czas mijał bardzo szybko i zaczął się drugi trymestr ciąży, a to znaczy, że właśnie wtedy najlepiej się lata z maluszkiem. Wybraliśmy sprawdzony już wcześniej kierunek - Tajlandię. Tym razem jednak chcieliśmy zobaczyć centralną i północną jej część, wraz z kawałkiem Birmy i Laosu. Marzec może nie jest wymarzoną porą na wylot w tamte rejony, ale nam się udało prawie bez tropikalnych opadów. Padało dosłownie dwa razy.
Wszystko zaczęło się dość standardowo od Okęcia, na które przyjechaliśmy obładowani prawie po dach - przecież trzeba mieć wszystko pod ręką kiedy podróżuje się z ciężarną…
Oczywiście część naszej grupy już na starcie kręciła nosami i patrzyła jak na nieodpowiedzialnych wariatów - ale tylko starsza część wraz z ich starszymi stereotypami. Pozostali całkiem szybko się przyzwyczaili do takiego widoku i zaczęły się opowieści jak to sami latali nawet kilka tygodni przed porodem. Odprawa poszła bardzo sprawnie. Oczywiście nikt rzetelnie nie zweryfikował ciąży, a kwitek od lekarza mówiący o tym, że możemy latać (obowiązkowo weryfikowany w większości linii lotniczych) na dobrą sprawę nie był potrzebny przy odprawie, w żadnym z 4 przelotów.
Na początku lot do Stambułu, bo oczywiście z Polski nie da się polecieć nigdzie dalej bezpośrednio, jeśli lot nie jest czarterowy. Było trochę ciasno brzuchowi, jak to w klasie ekonomicznej zwykło bywać, ale 2,5h szybko minęły.

Na samym lotnisku w Stambule czekaliśmy 6 godzin co wystarczająco pozwoliło odpocząć nogom… na dobrą sprawę godzina by już wystarczyła. Dalej do Bangkoku lot był wygodniejszy, bo dostaliśmy miejsca w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej, gdzie można było wyprostować nogi… jeśli ktoś ma możliwości to warto dokupić pierwszą klasę (to koło 12tyś za 2 osoby) ale lot ciężarna zniosłaby bez większych niewygód. Te 9 godzin lotu już nie minęło tak szybko i wygodnie, ale wreszcie dolecieliśmy. warto poprosić lekarza przed tak długą podróżą o tabletki rozrzedzające krew - zapobiegają powstawaniu się zakrzepów i ciężarna tak nie drętwieje szybko ;).
Jeszcze męcząca długa odprawa i po 23 godzinach, naszyjnikami z młodych storczyków witą nas przewodnicy.
Przylecieliśmy o 7 rano więc ten drugi dzień moczymy się w basenie, bo przecież nogi muszą odpocząć, a i drinki same się nie wypiją - nie jest to łatwe kiedy tylko jedna strona pije. Taki relaks pozwolił na zapoznanie się z częścią grupy, z którą jak się okazuje całkiem fajnie dało się spędzać czas ;) Sam hotel Bangkok Palace nie jest ekstremalnie luksusowy, za to znajduje się w centralnej części dzielnicy Pratunam, w której można spotkać chyba wszystkie możliwe atrakcje turystyczne…

jak również zrobić sobie małą przejażdżkę po centrum. Chyba tuk tuk sprawdza się poza motorem najlepiej do tego typu wycieczek - korki są dość duże.

Te pierwsze dni mijają bardzo szybko, mimo że zaczynają się bardzo wcześnie - Jet lag nie pozwala spać dłużej niż do 4 rano ;).
Trzeciego dnia po śniadaniu jedziemy zwiedzać Bangkok. Ostatnim razem widzieliśmy najbardziej kluczowe turystyczne miejsca jakie trzeba zwiedzić będąc w stolicy, ale w ciągu 2 lat sporo rzeczy zdążyło się zmienić.
Na początku Pałac Królewski. Poranek to dobra pora na jego zwiedzanie, ze względu na niewielką ilość turystów. Dodatkowym "pomocnikiem" w spacerowaniu jest słońce, które nawet w marcu grzeje z siła powyżej 30 stopni, nie mniej jednak rano daje się to jeszcze wytrzymać.
Kompleks kilkudziesięciu obiektów misternie ozdobionych złotymi płatkami i mozaiką ceramiczną robi wrażenie. Nawet za drugim razem oczy się cieszą na ten widok.
.jpg)

Na terenie należącym do Pałacu, znajduje się również Wat Pra Kaeo - świątynia gdzie przechowywany jest najsłynniejszy tajski posąg Buddy - niewielki Budda Szmaragdowy. Standardowo wejście do świątyni jest bez obuwia a także trzeba zwracać uwagę, żeby nie odwrócić stopy w kierunku Buddy - zdarzały się bowiem deportacje takich turystów :). Skierowanie stopy nie tylko w kierunku Buddy, ale także w kierunku drugiego człowieka jest uznawane w Tajlandii za wyraz absolutnego braku szacunku.

Niedaleko Wat Pra Kaeo znajduje się najsłynniejsza szkoła masażu w Tajlandii. Kurs w niej gwarantuje prace praktycznie na całym świecie. Szkolenie masażysty odbywa się w kilku kierunkach. Można zacząć od wyspecjalizowania się w masowaniu konkretnej partii ciała jak również przejść wielomiesięczny kurs masażu obejmujący kompleksowo każdy z aspektów masażu. Oczywiście kobiety w ciąży trzeba masować, ale są specjalne wytyczne co do omijania niektórych receptorów na ciele ciężarnej.

Kolejnym kierunkiem po niezliczonej liczbie świątyń i zabytków ruszamy na targ kwiatowy. Przypomina on nasz bazar. większość dzieje się wzdłuż drogi co jakiś czas zagłębiając się w okoliczne uliczki i placyki. Ilość kwiatów jest imponująca, choć podobno nigdy nie ma problemu z ich zbytem. Wszak w zwyczaju jest przyozdabianie kwiatami miejsc nawiedzanych przez duchy, a duchy nie lubią starych kwiatów. Każdy samochód powinien mieć mini ołtarzyk dla ducha opiekuna, jak również specjalnie narysowane przez mnicha znaki na tapicerce. Tę drugą czynność wykonują już nieliczni, ale nadal jest praktykowana na północy kraju.

Targ kwiatowy prowadzi nas wąskimi uliczkami aż nad sam Mekong - świętą rzekę… przy okazji bardzo zamuloną i brudną. Dobrze się składa, bo akurat na rzece (a konkretnie na barkach zacumowanych wzdłuż brzegu) jest kilka restauracji serwujących tajską kuchnię. Dla kobiet w ciąży nie ma specjalnie ograniczeń pokarmowych, a ostr przyprawy pomagają w zwalczaniu bakterii i wszystkiego złego co się potrafi w upale wykluć, ble :)

Po godzinie przerwy obiadowej umilanej przez muzykę graną przez okoliczny zespół, prosto z barki wsiadamy do łodzi która zabierze nas na klongi. Klongami nazywane są kanały jakimi poprzecinany jest cały Bangkok. Nazywany jest przez to Wenecją wschodu. W kanałach przez lata rozwinęło się życie i można spotkać wiele domów, które nie mają nawet bezpośredniego połączenia z lądem. Regularnie kanałami kursują łodzie śmieciarki, sklepy, school łódki itp…

Co jakiś czas można spotkać zwierzątko domowe ;) pewnie regularnie wyjadające dary składane duchom opiekuńczym.

Klongami docieramy w inną część Bangkoku i po krótkiej jeździe wysiadamy w chinatown. Chińska dzielnica jak to chińska dzielnica, specjalnie niczym się nie wyróżnia od innych sobie podobnych. Napisy w dwóch językach lub tylko w po chińsku, lokalna ludność wiadomej rasy :). Mają swoje centra kultury, świątynie, restauracje etc… niektórzy Chińczycy mieszkający nawet wiele lat w Tajlandii nie byli zmuszeni używać i nauczyć się tajskiego.
W tej konkretnej dzielnicy znajduje się jednak świątynia marmurowa - wykonana z białego marmuru specjalnie dla nietypowo "zdobytego" Buddy. Historia zdarzyła się dość dawno i miała podłoże rasowe. W Tajlandii pomimo widocznej sympatii ludzi, uśmiechów i miłych gestów Chińczycy są traktowani tak jak Żydzi w Europie. Trochę z zazdrością i nienawiścią. Chińczycy są właścicielami bardzo licznych interesów w samym centrum Bangkoku i okolic.
Dawno temu, pewien buddysta postanowił załagodzić narastający konflikt i podarował Chińczykom olbrzymi posąd buddy ze swojej świątyni. Oczywiście posąg nie był wartościowy więc gest przyszedł dość łatwo :) Podczas transportu i wymiany licznych uprzejmości, traf chciał że gipsowy budda urwał się z lin dźwigających i spadł na ziemię… jednak ku zdziwieniu wszystkich odkruszyła się z niego jedynie wierzchnia warstwa pod którą ukrywał się szczerozłoty 5 tonowy posąg. I takim to sposobem Chińczycy zrobili całkiem dobry deal ;) za który oczywiście nadal są kochani przez Tajów.

Kolejnego dnia wyjeżdżamy już z Bangkoku na północ kraju, jednak po drodze zahaczamy o Damnern Saduak i pływający targ.
Wysiadamy z autokaru przed miastem aby przesiąść się do łodzi długoogonowych (charakteryzują się wysoko umieszczonym dziobem, to z przodu, natomiast z tyłu umieszczony jest duży silnik, prawdopodobnie samochodowy do którego przymocowana jest kilkumetrowa rura na końcu której znajduje się śruba. - ten zabieg pozwala na bezproblemowe pływanie po płytkich kanałach i omijanie zarośli, które rosną tuż pod powierzchnią wody.)

30 minut szybkiego manewrowania po krętych kanałach i jesteśmy w centrum handlowym. Oczywiście raj dla turystów - 50% to jedzenie a druga połowa to gifty i ubrania.

Całe przedpołudnie mija nam na szperaniu po straganach. Następnie udajemy się w dalszą podróż do Kanchanaburi, aż do słynnego Muzeum Budowniczych Mostu na Rzece Kwai, w którym znajdują się eksponaty i informacje na temat japońskiego obozu jenieckiego. Muzeum może nie jest specjalnie duże ale pozwala zobaczyć ogrom strat (ludzkich) jakie zostały poniesione przy budowie trasy kolejowej.

Kilka minut jazdy od muzeum płynie rzeka Kwai. Wsiadamy na jej brzegu na barkę/tratwę ciągniętą przez łódż długoogonową. Tutaj serwowany jest lunch, drinki i wszystko co może umilić godzinną podróż, aż do samego mostu.

Most robi duże wrażenie. Jest to jeden z tych obiektów które widuje się w TV, w filmach aż wreszcie można zobaczyć to na własne oczy. Oczywiście nie jest to nic spektakularnego, ale stało się symbolem w czasie wojny.
Atrakcją dodatkową dla tych którzy tutaj dotarli jest przejażdżka Koleją Śmierci. Kolej została tak nazwana od liczby zgonów jakie podczas jej budowy miały miejsce. Obecnie koleją jeżdżą mieszkańcy.

Klimat jest specyficzny. Miejscami tory leżą tuż przy ścianie skalnej a po drugiej stronie składu jest urwisko. Drewniane mostki trzeszczą pod ciężkim pociągiem sunącym chwilami 10km/h. Klimatyzacja w postaci otwartych okien i drzwi + wentylatory przykręcone do sufitu wagonu dodają tylko smaku ;)
Ten dzień był długi ale kolejny kawął drogi w kierunku Chiang Mai mamy za sobą. Nocujemy w hotelu pod Kanchanaburi.

Kolejny dzień i kolejne kilometry. Jednak wszystko rozłożone na tyle przyjemnie, że Staś w brzuchu nie odczuwa żadnych niewygód :) częste przystanki i zdecydowanie dużo przyjemności. Np grill… wygląda okropnie, ale jest bardzo smacznie :) szczurek podany na liściu bananowca. W smaku i twardości połączenie delikatnego kurczaka z królikiem. Zdecydowanie warto przełamać uprzedzenia, można wtedy spojrzeć zupełnie pod innym kątem na swojego domowego pupila ;)

Po przegryzce docieramy do Ayutthayi, dawnej stolicy Tajlandii (1350-1767). Miejscowość typowo turystyczna ponieważ w czasie wojny zostało tam wszystko bardzo dokładnie zniszczone. Wszystkie budowle mają ślady walki. Nie mniej jednak kompleks świątynny wykonany został z wielką dokładnością. Wiele budowli zostało architektonicznie skopiowanych z Kambodży, gdzie można zobaczyć prawie identyczne budowle.

Dwie godziny to max ile można poświęcić na te ruiny. Niestety ilość szarych i pomarańczowych zgliszczy jaką jest w stanie przyjąć jednorazowo człowiek jest ograniczona.
Jeszcze w tak zwanym międzyczasie załapujemy się na naleśniki w włosami. Tym razem po szczurach czas na deser. Włosy są zrobione z barwionego łyka trzciny cukrowej i w połączeniu z słodkimi naleśnikami kokosowymi jest bardzo pysznie.

Dalej udajemy się do Phitsanulok, gdzie spędzimy noc. Docieramy w miarę wcześnie i już o 18 ruszamy na kolację i kolejne przysmaki :)

Riksze rowerowe zabierają nas na obajazd po mieście i "centrum". Dziwne miejsce, wszędzie słychać ptaki. Okna na piętrach są w wielu miejscach zabite dechami. Pewnie jakby zabrakło światłabyłoby całkiem przerażająco. Zanim dotrzemy nad rzekę i kolację zatrzymujemy się na kolejny hit kulinarny - robaki i wódkę ryżową :)

W smaku i konsystencji jak puste mocno smażone frytki. Jednak chwilę zajęło podejście do pierwszej sztuki.
Można też zjeść coś normalnego - nie tylko przysmaki :). Paczkowane zupy po dwa złote.

Wreszcie docieramy nad rzekę i udaje nam się załapać na ciekawe show - Latające warzywa. Brzmi nieźle, a w rzeczywistości MEGA kicz. Kucharz rzuca ugotowanymi warzywami w kierunku swojego kolegi lub gościa przebranego w kostium z trzciny. Kolorytu dodaje jakże egzotyczna muzyka grana na garnkach i bębenkach.

Wreszcie kolacja warto było czekać :) Na koniec pamiątkowe foto ze 100 letnim kierowcą i spać! Chciałbym w jego wieku mieć taką kondycję…

Następnego dnia zwiedzamy świątynię Wat Mahathrat w Phitsanulok i jedziemy do Sukothai. Niby kolejna ważna świątynia, ale ich ilość zaczyna przytłaczać. Oczywiście większość ocieka bogactwem i kilogramami złota, jednak po kliku dniach przestaje robić to wrażenie…

Dużo ciekawsza w tym momencie okazuje się przydrożna maszyna parowa do pakowania i przesiewania ryżu :) Sprzęt ma DUŻO lat, serwisowany młotkami i kijami cały czas działa bez zarzutu i zajmuje sporo miejsca. Oczywiście wymaga obsługi wielu ludzi, ale sprawia wrażenie jakby czas się tutaj zatrzymał.

Chwilowe oderwanie się od dorobku historyczno kulturowego i docieramy do Sukothai. Park historyczny - to pozostałości stolicy Tajlandii w latach 1238 - 1438.
Obszar do zwiedzania jest spory, ale i na to znalazło się rozwiązanie - Rowery! Żar lał się z nieba i przejażdżka była fajną schładzającą odmianą od chodzenia. Oczywiście Magdalena z "pasażerem", musieli skorzystać z motorikszy.



Zwiedzanie Sukothai zajmuje kilka godzin (nam akurat trafiły się te najbardziej słoneczne). Dla ciężarnej to męcząca przechadzka, ze względu na małą ilość miejsc zacienionych. Jeśli chodzi o zabytki wiele się powtarza i oczywiście ma swoje ściśle określone miejsce, w historii i tradycji Tajlandii.
Męczące zwiedzanie rekompensuje nieopodal położona restauracja… można tam siedzieć godzinami a nawet złapać drzemkę w hamaku.

Jednak naszym celem tego dnia jest Chiang Mai, w którym spędzimy najbliższe dni, Chiang Mai to jedno z większych miast na północy. Fajna baza hotelowa i max godzina jazdy w okolice Złotego Trójkąta (przejścia granicznego do Birmy i Laosu, słynącego z przemytu i handlu opium ;)).

Po śniadaniu jedziemy w góry. Przesiadamy się z autokaru na terenówki i ruszamy w kierunku wioski plemion górskich Yao i Akha.

Widoki całkiem przyjemne. Ludzie sympatyczni, jednak wszystko przygotowane pod turystów. Dobrze nie zdążyliśmy odjechać a mieszkańcy zaczęli zamykać swoje stragany i przebierać się w zwyczaje ciuchy. Wioska również stylizowana na bardzo rozpadającą się, jednak nowe toyoty hilux poukrywane w garażach zdradzały misternie przygotowany biznes ;)

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się pośród pól ananasowych. Wszystkie krzaczki skrywające po jednym owocu, były ręcznie powiązane, żeby owoce nie dojrzewały zbyt szybko… a warunki były super. 30 stopni i duuuża wilgotność.

Po poranku spędzonym w górach, czas na "gwóźdź programu" - Złoty Trójkąt, czyli skrzyżowanie granic Tajlandii,Birmy i Laosu.

Za drobną opłatą mijamy strażników na granicy z Birmą, którzy konfiskują paszporty. Ryzykownie… ale metoda sprawdzona i nie wymaga długiej drogi wizowej.

Tuż za granicą zaczyna się inny, brudniejszy świat. W porównaniu do Tajlandii, Birma prezentuje się… powiedzmy interesująco…

Znaleźliśmy się w przygranicznym miasteczku Takilek. Słynie ono z getta jakie po wojnie zorganizowali Tajom, Birmańczycy. Wynajmujemy motorikszę na 2 godziny, żeby zwiedzić wszystkie istotne miejsca w miasteczku. Co ciekawe okolice przygraniczne nie wyglądają zachęcająco, są zaniedbane, zacofane… oczywiście poza cenami, które są chyba wyjątkowo często aktualizowane ;)
Natknęliśmy się też na ciekawy stragan z langustami - każda waga pokazywała coś innego, więc chyba średnia tych trzech była tą właściwą…

Celem przejażdżki rikszami jest kopia słynnej pagody Shwadagon z Rangonu. Mimo, że jest mniejsza od oryginału, robi świetne wrażenie. Ściągamy obuwie i obowiązkowa rundka dookoła pagody.

Kilkadziesiąt lat zbierano złoto na jej wykończenie… super że się udało, szkoda tylko że kosztem nieco bardziej potrzebnych ludziom rzeczy.


Wracamy na Stronę Tajską, do małego portu przeładunkowego gdzie wskakujemy na łodzie - laos jest 400metrów dalej po drugiej stronie rzeki mekong.
Tutaj robi się jeszcze ciekawiej. Most do którego przybijamy to bardziej pomost z trzciny i bambusa.
Już na starcie dzieci bawiące się słodkimi ziemniakami i owocami. Mówią, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko :)

Dalej wioska, jaka mamy możliwość zwiedzać. Położona niedaleko olbrzymich placów budowy - Chińczycy wydzierżawili nabrzeżne okolice Laosu i rozpoczęli budowę kasyn. oferują nawet szybki transport łodzią z Chin do Laosu na partyjkę pokera.
Sama wioska to gadget shop + alkohole. Te poniżej były z żeńszeniem, kobrą i węzami. Większe wersje trochę jak multiwitamina miały to wszystko razem :) Mocne jak bimber,smakuje jak bimber, oczywiście smakowy ;)

Na koniec dnia wizyta w muzeum opium. Widać że bardzo to lubili :) efekty uboczne może lekko "śmierdzące" ale potrafiło wszystko rozluźnić :)

Po powrocie do hotelu został już tylko czas na relaks. Dużo się działo, ale Staś nawet nie marudził, poza małą czkawką w brzuchu.
Następnego dnia jedziemy do Chiang Rai zobaczyć nietypowa świątynię - Białą. Jest to całkowicie wyremontowany kompleks świątynny. Przy odnawianiu wykorzystano po prostu beton, więc niebawem będzie to zielona świątynia, nie mniej jednak robi super wrażenie nawet po wcześniejszym zwiedzaniu niezliczonej liczby mniejszych i większych obiektów tego typu.

Całkowity koszt remontu ponosi do dnia dzisiejszego Tajski popularny ale także kontrowersyjny artysta.
Zadbano nawet o to aby w wodzie pływały białe ryby, a setki małych lusterek na każdej z betonowych postaci robi piorunujące wrażenie w słoneczne dni.
We wnętrzu można znaleźć akcenty brane z XXI wieku - Star Wars, NASA etc…

Kolejny dzień jest już bardzo wyczekiwany. Wybieramy się na słonie :)
Na początku godzinny pokaz trików. Malowanie obrazków, kopanie piłek. etc… Dalej już sama frajda. kolejna godzina to jazda po lesie i okolicy, wraz z przeprawa przez rzekę i wspinanie się w górach. ciekawostką są kioski umieszczone 3 metry nad ziemią, gdzie można kupić "paliwo " dla słonia w postaci bananów i trzciny cukrowej.

Droga powrotna z gór nie była już taka mięciutka :) powozy z bawołami bez resorów. Staś w brzuchu spał cała drogę bo jego fajnie kołysało. Nas natomiast nieźle wytłukło :)

A na dole… oczywiście okazało się, że zjechaliśmy nieco dalej niż zaczynaliśmy wycieczkę i trzeba podpłynąć :)

Po całym dniu podróżowania dziwnymi środkami lokomocji idziemy na 2 godziny masażu. Ja zasnąłem po godzinie ;)
Tym sposobem dotarliśmy do ostatniego dnia zwiedzania. W Chiang Mai pozostała jeszcze jedna świątynia którą trzeba zobaczyć będąc na północy Tajlandii, świątynię Wat Doi Suthep, usytuowaną na górze Suthep, wraz z jej słynnymi schodami.

Widok z 3000 metrów na miasto jest nieco zamazany przez smog, ale sama świątynia jest wręcz wypieszczonai byszcząca jak nówka :)

Wieczorem jedziemy na dworzec kolejowy i ruszamy w 16sto godzinną podróż do Bangkoku. Pociąg jest ciasny, ale to istny transformers. O godzinie 21 obsługa składa stoliki u krzesła rozkładając łóżka. Dyskoteka w jednym z wagonów kończy się o 22 pomimo buntu pijanych pasażerów ;). Spać można swobodnie bo fajnie kołysze, ale karaluchy biegające po podłodze działają na wyobraźnię.
Nad ranem dojeżdżamy do Bangkoku i jedziemy busem do Patay. Wcześniej nasłuchaliśmy się o tym miejscu ciesząc się z uroków wyspy Koh Samet, jednak niektóre negatywne opinie się potwierdziły. Jeśli mielibyśmy wybierać drugi raz to oczywiście wyspa jest bez porównania sympatyczniejsza na wypoczynek.

Sama Pataya oferuje szeroki wachlarz usług towarzyskich połączonych z gastronomią. Plaże nie są powalające, ale można wyskoczyć na nieopodal znajdujące się wyspy.
Dodatkową atrakcją jaka na nas czeka jest rewia transwestytów - Alcazar. Znane kawałki muzyki pop, doskonałe kostiumy i całkiem "nieźli" aktorzy
Dzień 15 - To już ostatni… pakowanie, ostatni drink i jedziemy na lotnisko. Godzinna jazda, później odprawa i lot do Stambułu. Lot nocny więc w miarę szybko godziny uciekały. W Stambule 2 godziny przerwy na śniadanie i lot do Warszawy. Poza lekko spuchniętymi nogami wszystko zakończyło się szczęśliwie.
Podsumowując. Jeśli macie chęci i nie robicie tego na siłę (bo to bardzo ważne) to warto jechać. Jeśli kobieta w ciąży czuje się dobrze to taki wypoczynek działa na plus! U nas morfologia się poprawiła ;). Trzy miesiące później urodził się Staś… zdrowy i duży… 5100gr. i 62cm.